Chcesz wiedzieć jak zwykle zaczyna się moja podróż, moja przygoda? W głowie. Od marzeń i fantazji, które pojawiają się nagle i nie sposób z nich zrezygnować. Aby przeżyć coś wyjątkowego, warto mieć przy sobie sprawdzonego towarzysza. Idziemy we dwie. Naszą pieszą pielgrzymkę rozpoczynamy wcześnie rano od lotniska w Krakowie, skąd mamy lot do Peruge. Lot trwa nie pełne dwie godziny. Mamy ze sobą bagaż podręczny, całkiem spory jak na drogę, która ma trwać 10 dni, zwłaszcza, że cały bagaż będziemy nosić na własnych plecach. Mój plecak waży 10 kg. Mam w nim namiot dwu osobowy, śpiwór, matę samopompującą, kuchenkę gazową ( bez butli, bo zakaz przewożenia samolotem), kubek, sztućce, miseczkę, bieliznę, skarpety 2 pary, koszulkę i getry termo, bluzę, kurtkę przeciwdeszczową, kosmetyki, notes, długopis, power bank.

Czym jest droga Via di Francesco?

To historyczny szlak pieszy, który prowadzi przez malownicze krajobrazy Toskanii i Umbrii, łącząc Asyż z Rzymem, włącznie z Bazyliką Świętego Franciszka, a na końcu prowadzi do Watykanu. Trasa z Asyżu to oczywiście nieprzypadkowy kierunek. Tym szlakiem wędrował św. Franciszek z braćmi, aby dostać pozwolenie na głoszenie nauki oraz aby zatwierdzić Regułę życia dla swoich braci. Celem Franciszka była Bazylika św. Jana na Lateranie, gdzie stacjonował papież Innocenty III. Po zapoznaniu się ze sprawą Franciszka, papież ostatecznie wykazał ustną aprobatę dla jego działań.

Przygotowując się do naszej pielgrzymki z trudnością mogłam znależć jakieś wskazówki, materiały, mapy czy szlaki, które pomogły by mi ustalić odcinki mojej pielgrzymki. Trochę po omacku, trochę intuicyjnie pokonywałyśmy tę drogę aby móc napisać dzisiaj tego bloga ułatwiając decyzję o przejściu szlakiem Via di Francesko.

W Peruge lotnisko jest niewielkie. Bez problemu po wyjściu po prawej stronie znajdujemy przystanek autobusowy, z którego mamy autobus do Asyżu ( Assisi) Bilet kosztuję 5 euro. Sprawnie docieramy do placu przy którym zatrzymują się wszystkie autobusy. Rozpoczynamy wędrówkę po tym miejscu.

Dzień pierwszy – Asyż

Nasze pierwsze kroki kierujemy przez dużą kamienną bramę w górę miasta.

Przed nami długa wąska uliczka, klimat włoskich spokojnych małomiasteczkowych obrazków. Nie mamy konkretnego planu, idziemy zaglądając do miejsc, które wydają nam się ciekawe, ładne.

Pierwszym a zarazem zaskakującym miejscem jakie odwiedzamy jest kościół w którym po wejściu po lewej stronie leży w trumnie bardzo młody chłopiec. Ubrany w dżinsy, sportową bluzę i adidasy.

Kościół Matki Bożej Większej

15-letni Włoch Carlo Acutis zasłynął swoją żarliwą wiarą, w szczególności zaś nabożeństwem do Jezusa Eucharystycznego. Dał się poznać również jako utalentowany programista. Chłopak zmarł w 2006 r. na białaczkę, ofiarowując swoje cierpienie w intencji papieża i całego Kościoła. Grób nastolatka znajduje się w miejscu, gdzie św. Franciszek zrzucić miał swe drogie szaty i przywdziać mnisi habit, w Kościele Matki Bożej Większej. Nastolatek nie był „klasycznym” świętym, ale raczej uduchowionym młodzieńcem. Grał w piłkę, na PlayStation i na saksofonie, rysował komiksy, uwielbiał psy. Okrzyknięto go mianem „influencera Boga” z powodu tworzenia pobożnościowych stron internetowych, o cudach eucharystycznych i o świętych katolickich. W 2017 r. papież nazwał to sanktuarium „cennym miejscem, w którym można pomóc młodym ludziom w rozeznaniu ich powołania”. Z plecakiem na plecach trudno zwiedzać miasto. Postanawiamy zostawić swoje bagaże w zarezerwowanym hotelu. Cóż za ulga! Zrzucając ciężar z pleców idziemy w stronę Bazyliki św. Franciszka.

Bazylika św. Franciszka jest jedną z najważniejszych budowli sakralnych nie tylko w Asyżu, ale i w całych Włoszech . Najważniejsze wydarzenie w jej historii miało miejsce w XIII wieku. Wtedy to zbudowano świątynię i pochowano w niej ciało św. Franciszka. Sarkofag ze szczątkami można dziś zobaczyć w dolnej części bazyliki.

 

Znajdują się tam również kaplice poświęcone różnym świętym i misternie wykonane witraże. Powyżej znajduje się górny kościół z jedną nawą i pięknymi freskami przedstawiającymi sceny z życia św. Franciszka i Starego Testamentu. Obok bazyliki znajduje się również klasztor franciszkanów, a cały kompleks jest niesamowicie imponujący. Niewiele rozumiemy ale z żarliwością uczestniczymy w Mszy Świętej.

Oprócz aspektu religijnego, miasteczko ma swój leniwy włoski urok 🙂 Można powiedzieć, że jest to przede wszystkim miejsce pełne kamiennych budowli, które pamiętają niezliczone historie.

Po wyjściu z Bazyliki rozpoczynamy dalszą podróż do miejsc związanych z życiem św. Franciszka. Kierujemy swoje kroki poza centrum Asyżu do miejsca oddalonego o 4 km. Idziemy do Bazyliki Matki Boskiej Anielskiej.

Bazylika Matki Boskiej Anielskiej zachwyca monumentalizmem i skalą wykonania , niespotykaną w innych budowlach sakralnych w Asyżu. Została zbudowana na przełomie XVI i XVII wieku, więc widać ślady barokowej miłości do bogactwa. W wysokim, bogato zdobionym wnętrzu znajduje się Porcjunkula – maleńki kościółek przebudowany przez św. Franciszka. Widzę taką formę budowy po raz pierwszy i przyznam szczerze bardzo mi się podoba taka forma kościoła w kościele. Spójrzcie sami jak to wygląda.

To właśnie w tym miejscu 25 – letni Franciszek, poruszony słowami Ewangelii, odkrył swoje prawdziwe powołanie. Tutaj założył Zakon Braci Mniejszych i przyjął do wspólnoty św Klarę, zakładając jednocześnie Zakon Ubogich Pań (Klarysek).

Pełne zachwytu spacerem wracamy do centrum Asyżu.

Tutaj idziemy do Bazyliki św Klary. Bazylika św. Klary przyciąga uwagę niezwykłą fasadą zdobioną pasami różowego kamienia. Świątynia jest szczególnie warta odwiedzenia ze względu na to, co znajduje się w środku. A w krypcie znajdują się zabytkowe freski ze scenami z życia św. Klary i jej grób. Są też ślady Franciszka: brewiarz, habit i krucyfiks, z którego rzekomo Jezus przemówił do świętej.

Wychodząc z Bazyliki idziemy sobie zjeść coś włoskiego. Oj jak ja lubię włoską kuchnię.

Wysokie kolumny korynckie, wciśnięte między kamienne średniowieczne budynki, są niespodziewanym widokiem w Asyżu.

Tak niespodziewanym jak sama nazwa budynku. Ta okazała budowla z kolumnami jest doskonałym świadectwem obecności Rzymian w Asyżu, a mówię tutaj o Świątyni Minerwy, która położona jest w centrum miasta na Placu Ratuszowym. Do dziś jest jednym z najwspanialszych przykładów budownictwa sakralnego z czasów rzymskich. Świątynię podziwiał w 1786 roku niemiecki poeta Goethe w trakcie swojej podróży po Włoszech. Budynek został zbudowany na długo przed narodzinami Franciszka, w I wieku p.n.e. A gdy chrześcijaństwo na dobre zadomowiło się we Włoszech, przemianowano go na kościół i do dziś pełni tę funkcję. 

Długo spacerujemy po wąskich uliczkach tego miasteczka podziwiając fasady budynków, niejednokrotnie zatrzymując się na dość długo fotografując włoską architekturę.

Kolejnym miejscem do którego się wybieramy jest San Damiano. Kościół św. Damiana to kolejny ważny punkt na szlaku Franciszka. W tym miejscu w roku 1205 Franciszek usłyszał głos Jezusa: „Franciszku idż i napraw mój dom, który jak widzisz jest w ruinie”, słowa te nakazywały świętemu odbudować kościół.

Warto tam pójść, aby poczuć wszechobecną atmosferę mistycyzmu i surowości emanującą z kamiennych murów. Na miejscu można zobaczyć miejsce, w którym modlił się Franciszek oraz pomieszczenia sióstr klarysek: oratorium i dormitorium. Całość doskonale oddaje ducha epoki.

Assisi jak po włosku nazywany jest Asyż wypełniony jest mnóstwem miejsc z życia Biedaczyny, bo tak nazywany jest św Franciszek z Asyżu. Ale kim właściwie był św Franciszek?

Franciszek syn bogatego kupca Piotra Bernardona wiódł beztroskie, grzeszne życie. Dopiero spotkanie z żebrakiem, którego nazwał Leon, wywróciło jego codzienność do góry nogami. Odmieniło całkowicie jego los. Porzucił marzenia o ślubie z piękną Klarą, liczne podróże, polowania, wszystkie przyjemności, które dotychczas towarzyszyły mu na każdym kroku.
Stał się ubogim materialnie, ale bogatym na duchu człowiekiem. Jego głównym celem w życiu stało się pomaganie innym, miłość do wszystkich bliźnich, a także ubóstwo, post i częsta modlitwa.
Wystawiany przez Boga na próby, z wielkim oddaniem i pokorą pokonywał wszelkie trudności i pokazywał Panu Bogu, że dla niego jest w stanie zrobić wszystko.

„Z im większych nizin wychodzisz, tym wyżej się wzniesiesz. Największą zasługą walczącego chrześcijanina nie są jego cnoty, ale walka, którą musi toczyć, aby zamienić w cnotę swój bezwstyd, tchórzostwo, brak wiary, złość.”

W codziennych jego wędrówkach i można rzec przygodach, dzielnie towarzyszył mu ów żebrak, nazwany przez Franciszka bratem Leonem. To on co wieczór spisywał na skrawkach papieru, korze, skórach zwierzęcych wszystko to co się zdarzyło, owego dnia. Wszystko to co uważał za godne przekazania innym, lub to o co go prosił Franciszek, żeby zanotował. Brat Leon chciał, aby słowa wypowiadane przez jego towarzysza przetrwały wiecznie, nie poszły w zapomnienie…

„Mówiłem sobie, że jedno Twoje słowo może zbawić jakąś duszę i jeśli go nie przekażę ludziom, ktoś może zostać potępiony z mojej winy”

Dlatego Leon zapisywał wszystko z wielką gorliwością. Wiedział, że słowa Franciszka będą lekarstwem na zagubione dusze i wielkim podtrzymaniem wiary dla tych, którzy już się nawrócili.

Wieczorem już trochę zmęczone idziemy z ogromnym zainteresowaniem w miejsce gdzie mieścił się rodzinny dom Franciszka. Chiesa Nuova to kościół w Asyżu we Włoszech, zbudowany w 1615 roku w miejscu domniemanego miejsca narodzin św. Franciszka.

Po wejściu kilka metrów po lewej stronie zauważam otwór do małego pokoju zamkniętego kratą. Według legend jest to miejsce, w którym Pietro di Bernardone (ojciec) miał zamknąć swojego syna Franciszka, gdy ten roztrwonił swój majątek, aby rozdać go biednym. Wnętrze pokryte jest freskami z XVII wieku, z malowidłami z życia świętej Klary w Kaplicy Ukrzyżowania; sceny z życia świętej w Kaplicy San Bernardino; w prezbiterium płótno przedstawiające Sen świętego Franciszka.



Na małym placu kościelnym znajdują się dwie brązowe figury rzeźbiarza Joppolo, przedstawiające rodziców Francesca : Monnę Picę, która trzyma łańcuch w ręce, i Pietra di Bernardone, który trzyma ubrania i pościel na ramieniu, nawiązując do epizodu uwięzienia Franciszka w domu i jego późniejszego uwolnienia przez matkę.
Budynek ma plan krzyża greckiego, z kopułą wznoszącą się pośrodku, na skrzyżowaniu ramion.

Z boku Chiesa Nuova, wąską uliczką, można dotrzeć do Oratorium San Francesco Piccolino, sklepionej przestrzeni, w której zachowały się ślady fresków z XIV wieku.
Według tradycji, przywoływanej przez napis na łuku portalu wejściowego, jest to miejsce, w którym urodził się Franciszek. A napis brzmi: „ To oratorium było stajnią wołu i osła. W nim narodził się błogosławiony Francesco, zwierciadło świata ”.

Zmęczenie i przejście 20 km w Asyżu i okolicy zaowocowało dość mocnym snem. Miał to być dzień odpoczynku przed wyruszeniem w trasę. No cóż, tak się nie wydarzyło. Było tak dużo do zobaczenia.

Dzień drugi: Asyż- Trevi

Włoskie śniadanie – jest minimalistyczne i niezwykle proste. Składa się z filiżanki kawy (najczęściej espresso lub cappuccino) oraz czegoś słodkiego – może to być cornetto (włoski odpowiednik croissanta), ciastko, a czasem nawet kawałek ciasta. Po śniadaniu bierzemy plecaki na plecy i ruszamy w drogę. Przed nami 170 km do ostatecznego celu do Watykanu. Wcześnie rano opuszczamy jeszcze senny Asyż. Ruch niewielki. Miasteczko powoli budzi się wraz z promieniami słońca, które od rana rozświetla puste ulice. Idąc rytmicznie po brukowanej uliczce mijam okazałe budynki przedmieścia. W oknach królują pelargonie, w ogródkach trochę porośniętych trawą przebijają się wysokie malwy. Idąc po okolicy można by odnieść wrażenie, że czas się tutaj zatrzymał. Zanosi się na długą podróż.

Mijamy drogowskaz prowadzący do Perugi i Asyżu. Już teraz te miejsca za nami. Do Spello mamy 11,3 km. Do Rzymu…. znacznie więcej, ale chyba nie podają na znakach by nie zniechęcić, ale my i tak tam pójdziemy.

Przed nami rozległe doliny pełne pól zielonych i gajów oliwnych. Za nimi w tle porośnięte góry, to Apeniny, które ciągną się wzdłuż naszej drogi. Idziemy odcinkami częściej uczęszczanymi przez auta. Czasami z ulgą skręcamy w polne drogi unikając jeżdżących samochodów. Mijamy piękne krajobrazy, średniowieczne miasteczka z możliwością doświadczenia prawdziwej Umbrii ( rejonu Włoch). Przyznam szczerze, że przemierzając te rejony myślałam, że jestem w Toskanii tak bardzo krajobraz łączy się z tym rejonem. Wysokie cyprysy, wyglądają obłędnie. Droga jest na szczęście dość płaska. Gaje oliwne towarzyszą nam przez większą część drogi. Widzę dbałość gospodarzy o swoje okazałe połacie terenów. Przystrzyżone trawniki wokół każdego drzewka oliwnego, poprzycinane gałęzie. Od czasu do czasu między gajami posadzona winorośl, również wypielęgnowana i poprzycinana.

Szlak Via Francesco jest bardzo dobrze i często oznaczony. Barwy żółto- niebieskie przewijają się na słupach, drzewach czy ogrodzeniach. Trudno się zgubić, przynajmniej na tym etapie. Często też mamy dostęp do żródła wody pitnej co ułatwia maszerowanie. Wszystkie miasteczka na szlaku są specyficznie położone, bo znajdują się na wzgórzach. Oczywiście ma to niewątpliwie urok i czyni wyjątkowym tutejszy krajobraz, jednak idąc kolejny kilometr z plecakiem w trzydziestostopniowym upale sprawia nam trochę trudności.  Po około trzech godzinach dochodzimy do miejscowości Spello. Do miasteczka wchodzimy przez starożytną bramę Porta Consolare, i nieświadome co nas czeka udajemy się stromymi uliczkami w stronę serca miasta.

Gdy idziemy wzdłuż wąskich uliczek, które wznoszą się i opadają jesteśmy oczarowane tym miejscem, tą chwilą. Przyznam szczerze, że nawet gdybym zgubiła się tutaj nie czułabym się z tym żle. To miejsce jest tak niewiarygodnie piękne. Idziemy bardzo powoli, zapomniałam już o ciężkim plecaku i przystaję na każdym rogu, przy każdej kamienicy, obok każdej ozdobionej fasady. Za każdym zakrętem kryje się jeszcze bardziej urokliwe miejsce, które sprawia, że nie mamy ochoty wyjść z tego czarującego świata. Spacerując brukowanymi uliczkami, czujemy wyjątkowy klimat tego miejsca, czuję się jak Alicja w krainie czarów. Być może to za sprawą zapachu unoszącego się z ogromnej ilości ustawionych i powieszonych w donicach kwiatów, być może za sprawą wąskich urokliwych, wybrukowanych uliczek z przyklejonymi budynkami do siebie z jasnego piaskowca, nie potrafię tego jednoznacznie określić. Wiedziałam za to jedno, to będzie wyjątkowa droga…

Spello jest jednym z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast w Umbrii. Tutejsze domy zostały w dużej mierze wykonane z kamienia wydobywanego w czasach rzymskich, w kamieniołomach Monte Subasio.

To miasteczko jest tak niezwykłe w każdym kamieniu, każdej ulicy i każdych drzwiach. Ilość kwiatów, sposób w jaki mieszkańcy ozdabiają swoje otoczenie zostało nagrodzone przez organizowane tutaj coroczne festiwale kwiatów. Festiwale odbywają się na przełomie maja i czerwca.

Jak w każdym szanującym się średniowiecznym miasteczku, jest tu wiele kościołów .Kościół Santa Maria Maggiore to najważniejsza świątynia w mieście, chociaż niezbyt dobrze wyeksponowana. Kościół wciśnięty jest pomiędzy inne budynki, przy małym, podłużnym Piazza Giacomo Matteotti. W kościele znajduje się wspaniała kaplica Baglioni. W całości jest ona ozdobiona freskami Pinturicchia, a ponadto jej posadzka w 1566 r. została pokryta majoliką z pobliskiej Deruty. Obecnie posadzkę przed zniszczeniem majoliki zabezpieczono szklanymi szybami. Wybudowany w XIII wieku na miejscu poprzedniej bardzo starożytnej świątyni pogańskiej.

Ten region jest głęboko przesiąknięty duchowością, jest to miasteczko, w którym panuje spokój i cisza. Niestety my ruszamy dalej. Idziemy do Foligno.

To wspaniałe i kolorowe małe miasto ze stacją kolejową tuż za historycznymi murami, co ułatwia dostęp. Jest też płaskie, co jest rzadkością w umbryjskim mieście, co wraz z jego rozmiarem sprawia, że ​​łatwo się po nim poruszać. Pierwszą rzeczą, którą zauważyliśmy, były flagi rozwieszone na ulicach. Różnokolorowe flagi z różnymi symbolami.

Foligno sprawia wrażenie spokojnie prosperującego miasta. Ma jednak zaskakującą sławę jako miejsce, w którym wydrukowano pierwszą książkę w języku włoskim – Boską komedię Dantego, w 1472 r.

Przemierzając miasto idziemy aleją, do Piazza della Repubblica, która jest otoczona zabytkowymi budynkami: katedrą, ratuszem, Palazzo Orfini i Palazzo Trinci.

Zatrzymujemy się i rozglądamy. Miasteczko ma charakterystyczny układ. Jego obszar znajduję się w spłaszczonym okręgu otoczonym wysokimi murami.

Opuszczając miasto zaopatruję się w kabel do telefonu, bo mój już skapitulował i spinając mocniej plecak paskiem w biodrach ruszamy dalej, by pokonać kolejny odcinek trasy. Jesteśmy już od kilku godzin w drodze, a gorące południowe słońce osłabiło nasz zapał. Przed nami połowa drogi, jaką na dzisiaj sobie wyznaczyłyśmy. Musimy zejść z trasy i pójść do Decatlonu po butlę turystyczną, aby móc zaparzyć sobie kawę lub herbatę. Nadrabiamy jakieś 6 km, co przy całodziennej wędrówce może nie być komfortowe. Ale jest! Udało się kupić butlę i już bez schodzenia z trasy idziemy w stronę Trevi. Musimy iść przez ruchliwe ulicę, wielkie ronda próbując dotrzeć do szlaku. Kierowcy włoscy są bardzo uprzejmi. Nie odczuwamy, że jesteśmy intruzami na drodze, na której poniekąd nie powinno nas być. Przepuszczają nas, gdy chcemy przejść, uśmiechając się i pozdrawiając serdecznie. Po kolejnych godzinach marszu przez drogi wzdłuż gajów oliwnych, ścieżkami wznoszącymi się do góry, rzadko biegnącymi w dół, spocone, zmęczone docieramy do kolejnej wioski.

W oddali na wzgórzu widzimy nasz cel miasteczko Trevi.

W wiosce pytamy włoszkę o miejsce w którym mogłybyśmy rozbić nasz namiot i spędzić tam noc. przy pomocy translatora dostajemy informacje, że za niecałe dwa kilometry przy kościele jest takie miejsce. Czy mieliście może już takie doświadczenie, że nawet najbliższy cel wydawał wam się najdalej, nie do osiągnięcia celem. Też tak dzisiaj mam. Każdy kolejny metr był trudny, każdy krok dużym wysiłkiem. Nie wiem po jakim czasie, ale docieramy do owego kościoła. Pusto tutaj, ale przyjemnie. Obok cmentarz. Przy wejściu na cmentarz, na ogrodzeniu niewielki kran z wodą. (Jak ja spożyłam już dużo wody z wapnem:)) Rozglądamy się wokół szukając kogoś, kto potwierdził by nam możliwość rozbicia namiotu przy kościelnych murach. Nie ma nikogo. Idę do nieopodal stojącego domu. Duża kobieta, murzynka uśmiecha się do mnie jak do niej podchodzę. Pytam o możliwość rozbicia namiotu. Na moje pytanie odpowiada mi na translatorze, a brzmi to tak. „Dariusz ma wolne, Dariusz na urlopie. Namiot rozbij, spij spokojnie. ” Dzisiaj przeszłyśmy 35 km.

To była bardzo długa noc. Miałam wrażenie, że mam gorączkę, wszystko mnie bolało, budziłam się co chwilę. Koleżanka zmarzła w swoim śpiworze, przykrywała się w nocy moją peleryną przeciwdeszczową i folią ratunkową.

Dzień trzeci: Trevi- Spoleto

Z ulgą witam poranek. Mam jednak mały niepokój w sobie. Otóż, mamy ze sobą kuchenkę gazowa, mamy gaz, po który maszerowałyśmy wczoraj nadrabiając sporo kilometrów, mamy kawę, wodę, ale nie mamy…. No tak nie mamy ognia. Z tą myślą obudziłam się wcześnie rano. Został nam cmentarz, na którym wczoraj widziałyśmy palące się znicze… ale czy będą się jeszcze paliły. Z tą myślą wybieramy się na cmentarz. Znicze są, palą się ale podłączone są pod jakieś zasilanie elektryczne. Obeszłyśmy jeszcze cały cmentarz, zaglądając na każdy grób, niestety żywego ognia nie znalazłyśmy. Pojawił się u mnie nowy pomysł. Postanowiłam iść do domu, w którym wczoraj spotkałam Murzynkę i zapytać tam o ogień. Po chwili siedziałyśmy z kubkiem gorącej kawy w rękach. To była najlepsza kawa…

Po spakowaniu biwaku idziemy w stronę Trevi, miasteczka widzianego od wczoraj na wzgórzu. Myślę, że powinno zdobyć miano najwyżej położonego miasteczka w Umbri. Jego pastelowe domy spływają po stromym wzgórzu, tworząc kaskadowe rozległe obrazki. Wokół całej drogi rosną ogromne połacie gajów oliwnych, a okolica słynie z produkcji tego złotego płynu. Idziemy wydeptanym szlakiem brukowanych uliczek wchłaniając zapach drzewek oliwnych. Jest wczesna pora, jeszcze nie bardzo obudzone miasteczko wita nas wąskimi uliczkami. Szary kot zeskoczywszy z ławki towarzyszy nam w drodze. Ocierając się o nasze nogi wyciąga grzbiet zachęcając do pogłaskania. W miasteczku kilka kobiet przygląda nam się z uważnością przerywając rozmowę. Ciche uliczki, surowe gotyckie fasady pozwalają poczuć klimat średniowiecznych czasów. To miejsce emanuje spokojem, a jego historia sięga XIII wieku. 

 Idąc po okolicznych wzgórzach, spacerując po malowniczych trasach, mogłyśmy podziwiać widoki na pola i gaje oliwne, które nas całkowicie pochłonęły. Te krajobrazy mają wyjątkową zdolność do odprężania.

Jeszcze ostatnie spojrzenie na Trevi i idziemy dalej.

Im dłużej jestem w drodze tym z uważnością większa spoglądam na okolicę, na to co mijam. Nie wiem czy tez macie tak, że jak jesteście gdzieś po raz pierwszy to fascynuję was każda rzecz, każdy szczegół może wywołać u was zachwyt. Podobnie jest u mnie. Dostrzegam inną roślinność, inny kształt komina, inną nawierzchnię na drodze, inne szczegóły w architekturze.

Na naszej drodze w stronę Spoleto mijamy różne odcinki drogi. Czasami pokonujemy lekko pagórkowate tereny by potem wyciszyć tętno i oddech na odcinku płaskim. Słońce nas rozpieszcza. To niebywałe jak dużą dawką energii możemy pozyskać ze słonecznego poranka. Idziemy powoli, ale rytmicznie. Nie spieszymy się. Mamy czas by zajrzeć przez starą bramę do pustego ogrodu, do wiekowego kościółka, czy przystanąć na wzniesieniu by podziwiać piękne okolice.

Podróżujemy głównie po cichych, bocznych drogach i asfaltowych trasach, choć miejscami trafiamy na nieco bardziej wymagające nawierzchnie. Wkraczając do miejscowości Poreto mamy ochotę na zastrzyk energii w postaci kawy. Zatrzymujemy się przy małym sklepiku, w którym oprócz drobnych zakupów możemy napić się kawy, a przemiła pani sprzedawczyni z uśmiechem komunikuję się z każdym, kto zajrzy do jej sklepiku. Poznajemy tutaj grupę Słowaków, którzy idą również drogą św Franciszka, poznajemy parę z Californii, która ma znacznie więcej czasu na przejście tą drogą i zatrzymują się u gospodyni ze sklepiku na nocleg. Tyle dobra i sympatii otrzymujemy od wszystkich.

Do miejscowości Spello z Porety dzieli nas 25 km. To w Spello chcemy spędzić kolejną noc.

Spoleto jest małym miastem położonym w Umbrii, założonym w VI w. p.n.e.
przez Umbrów, charakteryzuje się górzystym terenem i dużą ilością obiektów
zabytkowych z czasów starożytnego imperium rzymskiego. Podobnie jak w innych miasteczkach dominuje tu średniowieczna zabudowa.

Wieczorem gdy deszcz pozawala wyjść na spacer idziemy uliczką  Via Fontesecca, tutaj znajdują się największe zabytki i historyczne kościoły. Niektóre budynki są w trakcie remontu, dosyć szczelnie poprzykrywane przez rusztowania. Ale przyznam miasto ma swój niepowtarzalny klimat. Jest tutaj jeden z najważniejszych zabytków kościół Sant Eufemia oraz przepiękna katedra, która znajduje się na Via Saffi. Warto wejść na plac przed katedrą i przyjrzeć się jej fasadzie.

W mieście znajduje się średniowieczny akwedukt Ponte delle Torri. Dziś pełni funkcję mostu łączącego oba wzgórza, jak również atrakcji turystycznej. Budowla zachwyca swoim ogromem, ma 80 metrów wysokości.  Most jest niewątpliwie arcydziełem średniowiecznej inżynierii. Zbudowano go w XIV wieku, nad dawnym akweduktem rzymskim w celu doprowadzenia do miasta wody ze wzgórza Montelucia. W lesie po drugiej stronie mostu znajduje się wiele szlaków spacerowych. Wstęp jest bezpłatny. Obecnie most określany jest „mostem samobójców”, ponieważ w ostatnich latach głośne były przypadki samobójstw. Dzisiaj przeszłyśmy 23 km.

Dzień czwarty: Spoleto- Piediluco

Kolejny dzień w drodze. Po śniadaniu ruszamy przed siebie i wychodzimy z miasta. Według mapy musimy iść trasą szybkiego ruchu, ale jak to? Ruch ogromny, samochód za samochodem. Przechodzimy za barierki drogowe i idziemy przez zarośnięte pobocze. Idziemy tak około 1km. Zaskoczeniem jest dla mnie zachowanie kierowców. Żadnych reakcji negatywnych w naszą stronę, żadnego mrugania światłami czy używania klaksonu ostrzegawczego. Uśmiechnięci, serdeczni, bardzo mili. Wreszcie dostrzegamy zejście w dół na równoległą ścieżkę do trasy. Schodzimy na tą ścieżkę. Jest spokojniej, nie czuć samochodowych spalin. Idziemy równolegle do trasy, obok płynie rzeka, nagle jej wąski strumień przecina nam drogę.

Na tym etapie drogi jest już dosyć ciepło, woda przyjemnie orzeżwia swym chłodnym nurtem. Zadziwiający spokój mam w sobie, nie czuję dyskomfortu pomimo braku znaków potwierdzających, że idziemy dobrze. nie czuję dyskomfortu. Kierujemy się do Arrone. Ten pierwszy etap naszej drogi to około 25 km. Kolejny etap z Aarrone do Pieduluco to 10 km. Trasa dzisiejsza to droga prowadząca przez tereny górskie, to nawierzchnia szutrowa, to obcowanie z naturą.

Mijamy położone na wzgórzu małe miasteczka, ciche i nostalgiczne. Tylko kilka kotów leniwie spoglądają na nas z parapetów wśród kwitnących pelargonii. Na metalowej ławeczce dwóch starszych panów przerywa rozmowę i odprowadzając nas wzrokiem machają przyjażnie uniesionymi rękoma. Same miłe gesty, przyjazne spojrzenia, pozdrowienia „Buongiorno” mijanych miejscowych, to takie miłe.

Nie wiem czy to dlatego, że nasza trasa prowadzi przez górskie tereny i jest dosyć długa, ale jest dosyć ciężka. Każdy kolejny kilometr sprawia mi trochę trudności. Nie bolą mnie plecy od dzwigania plecaka, nie mam odcisków na stopach, ale ogólnie czuję się dzisiaj wyjątkowo zmęczona. Mijając Arrone zatrzymujemy się na poboczu by napić się kawy, złapać oddech, zwolnić ciężar z pleców. Góra, dół , góra, dół parabola drogi zabiera mi zapał. Podobno tak jest, że trzeci lub czwarty dzień w drodze powoduję zniechęcenie.

Kolejne 10 km maszerujemy w stronę Piedeluco. Już zbliżając się do tego miejsca widzimy z daleka taflę błękitnego jeziora wyłaniającą się przed nami. Mam nadzieję, że to nie fata morgana pomyślałam uśmiechając się sama do siebie.

Piediluco to małe średniowieczne miasteczko z otaczającym je jeziorem. W historycznym centrum znajduję się kościół San Francesco, zbudowany na pamiątkę wizyty świętego z Asyżu: opowiada on również o bliskiej relacji tego miejsca z jeziorem, co można wyczuć, obserwując ryby i narzędzia rybackie przedstawione na płaskorzeźbach na drzwiach wejściowych. Docierając tutaj na końcu miasteczka udaje nam się znależć pole campingowe ( 10 euro /osobę) Zostajemy na noc. Przeszłyśmy dzisiaj 35 km.

Dzień piąty: Piediluco- Rieti

W nocy siedząc przed namiotem widziałam robaczki świętojańskie. To takie niebieskie świecące świetliki latające w ciepłe, letnie dni. Pamiętam jak jako mała dziewczynka łapaliśmy te świetliki do słoików i podziwialiśmy je nocą. A tutaj było ich tak dużo. Ranek zaś przywitał nas słońcem. Leniwie rozpoczął się ten dzień dla nas. Jakieś zapasy z plecaka pozwoliły na stworzenie śniadania, wjechała też kawa i poranne włoskie dolce vita uznałyśmy za rozpoczęte. ( Styl dolce vita charakteryzuje się celebracją życia w jego najprzyjemniejszych aspektach – wyrażenie to, tłumaczone dosłownie jako „słodkie życie”, zyskało popularność dzięki filmowi Federica Felliniego o tym samym tytule, który ukazał społeczeństwo włoskie jako pełne radości, luksusu i beztroski )

W trasę do Rieti wyruszamy w samo południe, gdzie słońce wskazuje wysoką temperaturę. Myślałam, że wczorajszy odcinek był ciężki, konsekwencję póżnego wyruszenia w trasę miałyśmy dopiero przed sobą. Najtrudniej idzie się drogą odsłoniętą, bez cienia rosnących przy drodze drzew, bez zabudowań. Wychodząc z Piediluco, idziemy wśród pól i rozległych połaci gajów oliwnych. Trasa jest w miarę równa, bez wzniesień ale często odcinki pozbawione są cienia. Trasa swoją prostota i stonowaną forma przypomina mi prostotę Franciszka, który często szukając ucieczki od ” przepychu świata” szedł w ciszy, spokoju, bez rozgłosu. Szedł często w upale, w deszczu, może i też z ograniczoną ilością wody.

Chyba mam dość. Gorąco bijące z asfaltu, kończąca się woda i wrzynający się pasek z plecaka nie poprawiają humoru. Dlaczego ten odcinek nie ma końca? Czuję się jak wysuszona śliwka.. Im częściej zerkam na bidon z wodą tym mam wrażenie, że jest jej coraz mniej, a przecież piję tylko małe łyki w dużych odstępach czasowych. Na krótkim postoju podkładam chusteczkę pod pasek plecaka, na ramię. Czuję ulgę. Wodę popijam co 200 kroków, wprowadzam małą dyscyplinę. Jest łatwiej, bo głowa zajęta jest liczeniem. Ileż to człowiek dowiaduję się w takich sytuacjach o sobie! W trakcie mojej pielgrzymki dociera do mnie, że mam niewiele- plecak to mój dobytek, oraz to co mam na sobie i co w sobie. Nasze dni są proste, głównie idziemy, radzimy sobie z własnymi niedogodnościami, brakami, zmęczeniem. Prostota…

W oddali widzimy wyłaniające się pojedyńcze budynki. Za nimi kolejne. Jest dobrze. Po dość wyczerpującym bardzo długim odcinku drogi udało nam się dotrzeć do miejsca gdzie mogłyśmy usiąść w cieniu, odpocząć i napełnić butelki wodą. Ta droga pokazuję mi jak dużo mam w sobie siły, wytrwałości i cierpliwości. W każdej drodze znajdziemy odcinki które pozwolą odpocząć, posilić się, napełnić butelki wodą, często wymagają one czasu i sporych sił.

Ten dzisiejszy odcinek wymaga sporej koncentracji. Łatwo ominąć skręt w którąś z bocznych dróg, co powoduję nadłożenie kilku kilometrów. Temperatura osiąga 35 stopni. Wody ubywa nam w butelkach. A robiąc sobie kawę, z uważnością nalewamy by nie rozlać nawet kropli. Posiłki zjadane po trudzie drogi smakują wyjątkowo.

Póżnym popołudniem docieramy do Rieti.

Na tym etapie drogi z reguły jest euforia. No wiecie, nie taka, że skaczemy w górę z radości, ale taka która pozwala spuścić powietrze. Mamy wokół sklep, mamy dostęp do wody, mamy miejsce do spania. Mamy wszystko to co z reguły w życiu codziennym mamy na wyciągnięcie ręki! Wow! Dociera! Powoli dociera to do mnie…. jak sobie z tego na co dzień nie zdaję sprawę. Nocleg mamy u rodziny włoskiej. Duże mieszkanie z kuchnią, z łazienką, z sypialnią. Rieti miasto otoczone murami średniowiecznymi, niegdyś jedne z najdłuższych ciągłych średniowiecznych murów w Europie, zostały zbudowane w pierwszej połowie XIII wieku. 

W mieście znajduję się bardzo dużo starych średniowiecznych budowli, które swoim niebywałym urokiem zachęcają do spacerów po mieście.

Jest tez oczywiście pomnik św. Franciszka i replika szopki betlejemskiej.

A był rok 1223, zbliżało się Boże Narodzenie. Franciszek postanowił świętować je w Greccio,( niedaleko Rieti) gdzie od właściciela tych ziem, Jana Velity, otrzymał zalesione wzgórze.
Franciszek poprosił Jana, by ten w dzień Bożego Narodzenia, przyprowadził do groty woła i osła. By dostarczył też do niej siana i by mogli się tam zgromadzić i w ten sposób wspominać stajenkę w Betlejem – odtwarzając jej klimat.

Szlak św Franciszka przebiega również przez Rieti

Dzisiaj mamy za sobą 27 km.

Dzień szósty: Rieti – Poggio San Lorenzo

Jak ja tęsknie za jajecznicą na boczku. Te włoskie słodkie śniadania nie są dla mnie, wolę konkrety. Rano po przebudzeniu biorę się za przygotowanie takiej właśnie jajecznicy. Zakupy wczoraj zrobione, więc można smażyć. Po obfitym śniadaniu opuszczamy wygodne mieszkanie u lokalnych mieszkańców i ruszamy dalej. Naszym celem jest dotarcie do Poggio San Lorenzo. Nasza dzisiejsza pielgrzymka prowadzi przez odcinki dróg drugorzędowych. Są to drogi leśne, często dosyć pozarastane, wzdłuż wyschniętego koryta rzeki. Słyszałam kiedyś takie stwierdzenie, że pielgrzymom nic się nie należy, a wszystko co ich spotyka, co otrzymują powinno ich niezmiernie cieszyć. I tak jest. Nie narzekamy w drodze, wspieramy się, pomagamy sobie. Dostrzegam opiekę aniołów, które czuwają. Odczuwam lekkość pomimo ciężkiego plecaka i chociaż przychodzą chwilę słabości, to przecież to takie ludzkie. Te sytuację pokazują mi w jakim jestem miejscu, jak postrzegam wszystko co się wydarza wokół mnie i za co mogę być wdzięczna. A wdzięczna jestem za każdą nawet najdrobniejszą rzecz i za kłody pod nogami też bo one uczą mnie tego jak je pokonywać, przeskakiwać lub omijać albo zmierzyć się z nimi, wżiąść na bary i ponieść ze sobą. To tutaj na tej drodze dostrzegam drogowskaz, który wskazuję mi kierunek którym mam iść.

Idąc tymi leśnymi dróżkami możemy cieszyć się magią tego miejsca. Cisza wokół wprowadza nas w stan skupienia i uważności. To ważne aby znależć w drodze takie chwile, to szczególnie ważne dla mnie po stracie najbliższej mi osoby.

Las, zdominowany przez sosny i świerki, wokół nas żywy zielony krajobraz. Idąc powoli wypatruję wiekowe dęby i buki porośnięte mchami i porostami. Podczas wędrówki napotkamy liczne obszary podmokłe, zaciszne miejsca. Jest soczyście zielono, pięknie. A cisza jeszcze bardziej podkreśla urok tego miejsca. Panorama dzisiejszej drogi to lasy, pola i łąki. To czas na odpoczynek głowy w naturze, pomimo długiej wędrówki nie czuję zmęczenia. Idę w ciszy, tylko śpiew ptaków rozbrzmiewa w oddali.

Po długiej wędrówce czas przysiąść na pieńku i napić się wody, odpocząć….

Dzisiaj pokonujemy ostatnie nasze 30 km tej drogi. Dalej z Poggio san Lorenzo pojedziemy autobusem do Rzymu- musimy wrócić wcześniej ze względu na ważne sprawy rodzinne.

Przy wejściu do miasteczka mijamy piękny mural.

Poggio san Lorenzo to mała wioska licząca 550 mieszkańców. I zaraz po przekroczeniu granicy wioski zauważamy ma niewielkim placu wokół barów kilkadziesiąt mieszkańców siedzących przy stolikach. Nasze wejście zostało zauważone od razu. Szczere uśmiechy, pozdrowienia poszły w nasza stronę. Lokalna społeczność żywo zareagowała na nas nie przerywając ze sobą rozmów. Wskazano nam dom pielgrzyma, bar gdzie dla pielgrzyma było specjalne menu. Rozglądam się z zaciekawieniem po okolicy.

Na głównym placu dominuje kościół San Lorenzo, który został odnowiony w 1780 roku, zacierając swoje korzenie z XIV wieku. Kościół zachował dwa niezwykłe płótna pochodzące z końca XVI wieku, „Dziewica z Dzieciątkiem i św. Józefem” oraz „Męczeństwo św. Wawrzyńca”.

Po prawej stronie kościoła widnieje mała fontanna, żródło wody również dla spragnionego pielgrzyma.

Poggio San Lorenzo jest jedyną wioską, która wita pielgrzymów w drodze do Rzymu w Domu Pielgrzyma. Ludzie są gościnni, życzliwi. Proponują podwiezienie autem , zapraszają do stolika. Właściciele centralnego baru zaprosili nas na kolację i zostałyśmy poczęstowane przystawką składającą się z serów, oliwek i szynki z focaccią oraz makaronem z pomidorami, lampką wina. Proste danie, dokładnie takie, jak lubię, z radosnym połączeniem smaków i świeżości, które zapamiętam na długo. Smaczne.

Nocleg w domu pielgrzyma gdzie opłatą było „co łaska”- wrzucane do kasetki przymocowanej do ściany, jest wygodną alternatywą. Są tam dwa pokoje z kilkoma piętrowymi łózkami, wspólna kuchnia, łazienka. Śpimy z dwiema starszymi Niemkami, które również są w drodze z Asyżu do Rzymu.

Dzień powoli kończy się a sen jest odpowiednim naturalnym sposobem na zregenerowanie sił aby nasz kolejny dzień był również wyjątkowy.

Dzień siódmy: Poggio San Lorenzo- Watykan

Wstajemy wcześnie rano. Po nas kolejni pielgrzymi budzą się i szykują do drogi. Czas wyruszyć dalej. Opuszczamy urocze miejsce, pełne gościnności i serdeczności i autobusem jedziemy do Rzymu. Ostatnim punktem naszej drogi jest wizyta w Rzymie a w szczególności w Watykanie. Tutaj dziękujemy za opiekę i siłę jaką czułyśmy w trakcie naszej drogi. Pięknej, chociaż wymagającej drogi.

Czas na podsumowanie, czasu, drogi, wielkiej wytrwałości, umiejętności bycia obok drugiej osoby w drodze. Tak w drodze. Bo nasza retoryka , nasza przestrzeń, zachowanie się zmienia, jak jesteśmy zmęczeni, bezsilni, spragnieni. Inaczej postrzegasz wszystko wokół jak wygodnie jedziesz do celu, nie masz plecaka na grzbiecie, masz zapewnioną wodę, jedzenie, miejsce do spania. Wszystko się zmienia gdy to staję się niewiadomą, gdy sama musisz zatroszczyć się o miejsce do spania, o ogień by gotować wodę na kawę, o drogę, czy na pewno idziesz dobrze.

Ta droga nauczyła mnie cierpliwości, wrażliwości i wytrzymałości na niewygody. Nauczyła mnie przezwyciężać chwilowe niewygody, być wdzięczną za każde dobro, które mnie spotkało, a było tego mnóstwo. Idąc szukałam odpowiedzi na najważniejsze pytania, szukałam wyciszenia i zrozumienia. Wiem, że nikt nie stawi za mnie czoła przeciwnościa, ale wiem, że dobry towarzysz pomoże w trudnych chwilach. Wysłucha, doradzi i pomilczy razem ze mną. Dziękują Ana za towarzystwo, za obecność za wspólny czas, za słowa i za chwilę ciszy.

Jeśli czytając o drodze z Asyżu do Watykanu poczułaś, że chciałabyś wyruszyć na tę drogę i ta myśl, podobnie jak mnie prześladuje Cię, to prawdopodobnie jest ona dla Ciebie. Dobrej drogi…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *