Podlasie już od roku zapraszało mnie do siebie. Wtedy zrodziła się myśl by odwiedzić i przejechać na rowerze ten urokliwy region Polski. Ustalam skrupulatnie plan na najbliższe dni, pakuję dwie sakwy i ruszam pociągiem do Bydgoszczy. Tutaj planuję rozpocząć moją przygodę. Jadę solo. Lubię czasami pojeżdzić sama na rowerze, to daję mi przestrzeń do przewietrzenia głowy, do zatrzymania się i popatrzenie na wszystko z dystansu.

Cel mojej podróży po Podlasiu był prosty, zmęczyć się, doświadczać, zapamiętać. Dojechać daleko, wjeżdżać wszędzie o własnych siłach. Porozmawiać z wszystkimi, popróbować dużo i odpocząć. Czy mi się udało? No raczej….Ale sprawdż!

Dzień pierwszy

W Bydgoszczy wyjeżdżając z miasta kieruję się wyznaczoną ścieżką rowerową Green Velo na Konowały przez Krupniki jadę do Śliwna na kładkę Waniewo – Śliwno. W większości ścieżka rowerowa jest asfaltowa lub z kostki brukowej. Dopiero pod koniec zamienia się w nierówną drogę, czasem szutrową. Kładka Waniewo – Śliwno to ścieżka przyrodnicza, która biegnie w poprzek doliny Narwi przez najbardziej typowe ekosystemy parkowe. Tak jak na większości obszaru Narwiańskiego Parku Narodowego przeważają tu niedostępne bagna. Kładka, która ma długość 1250 m pozwala na dotarcie do „serca” bez konieczności korzystania z łodzi czy kajaka. Niewątpliwą atrakcją tej ścieżki jest przeprawa przez liczne koryta rzeczne przy pomocy pływających pomostów umocowanych na linach, które trzeba siłą własnych rak przeciągnąć, aby dostać się na drugą stronę. Niestety niski stan wody nie pozwala mi skorzystać z kładki i przeprawić się na drugą stronę rzeki.

Muszę wracać. Mój nocleg na campingu w Kurowie stanął pod znakiem zapytania. Nie było sensu już tam jechać ponieważ i tak musiałabym wracać aby rozpocząć trasę w Bydgoszczy. Ciekawym miejscem na trasie jest wieża widokowa w Kruszewie, z której można podziwiać rozległe tereny narwiańskie i podobno spędzić noc na samym szczycie wieży. Jednak trzeba mieć wcześniej rezerwację. Trochę krążę po okolicy szukając noclegu, ale ludzie podpowiadają mi gdzie mogę przenocować. W ten oto sposób znalazłam się w Agroturystyce Narwiański Gościniec. To bardzo przyjazne miejsce, z dobrymi gospodarzami, z pasją i miłością do zwierząt.

Oprócz gospodarza Wojtka i jego cudownej żony Iwonki, którzy mają niesamowitą pasję do tego co robią, jak żyją i jak tworzą niesamowicie przyjazne miejsce nie tylko dla ludzi ale i zwierząt, nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym, bardzo ważnym mieszkańcu tej Agroturystyki, a mianowicie o Januszu – to papuga, która jest nie tylko inteligentna ale i mówi …po ludzku!

Dzień drugi

Rano przy porannej kawie dostaję cenne wskazówki odnośnie trasy i okolicznych atrakcji. Mam szczęście do spotkania na trasie dobrych ludzi. Zmieniam plan, jadę w stronę Supraśla. Wbijam się ponownie na Green Velo, szeroką asfaltową drogę, która prowadzi mnie z powrotem do Białegostoku. Tutaj z kolei kieruję się przez Grabówkę by dotrzeć na Trakt Napoleoński. Trakt Napoleoński to historyczny szlak, który w dużej mierze przebiega przez malowniczą Puszczę Knyszyńską, a jego nazwa nawiązuje do przemarszu wojsk Napoleona w 1812 roku. Współczesny Szlak Napoleoński oferuje ciekawe trasy o różnej długości i stopniu trudności. Jadę sama przez tereny leśne. Szeroka lecz piaszczysta droga jest dobrze ubita, nie sprawia problemu w przemieszczaniu się.

Po kilku kilometrach dostrzegam patrol wojskowy. Młody żołnierz wychodzi z malutkiego szałasu nadzorując okolicę. Zamieniamy kilka zdań i jadę dalej. Przejeżdżam obok strzelnicy wojskowej, słychać odgłosy wystrzałów z karabinów. Nie czuję się komfortowo, przyspieszam. Po kilku kilometrach droga z piaszczystej zmienia się w asfaltową. Jedzie się przyjemnie chociaż muszę stwierdzić, że Podlasie wcale nie jest takie płaskie. Nogi sporo muszą się napracować próbując pokonać rowerem liczne wzniesienia.

Po 2 godzinach pedałowania docieram do Supraśla. Pogoda mnie rozpieszcza. Słońce i lekki wiatr w plecy mam na trasie. Spacer po mieście rozpoczynam od ulicy 3 Maja. W tym miejscu od 1834 roku powstawały drewniane domy, z których niektóre zachowały się do dzisiaj. W domach tych mieszkali i pracowali tkacze, którzy zostali przeniesieni ze Zgierza przez włókiennika Wilhelma Fryderyka Zacherta w XIX wieku.

Kolejno zmierzam do Monasteru z charakterystycznym gotycko-bizantyjskim stylem cerkwi, która zachwyca wnętrzem i misternie odtwarzanymi freskami.

W mieszczącym się obok Muzeum Ikon, gdzie eksponowane są różnorodne dzieła z Polski i Rosji, poznaję bliżej historię tej sztuki. Ekspozycja tych pięknych ikon jest nie tylko ciekawa poznawczo, ale również wizualnie. W ciekawy sposób wystylizowano sale w których są ikony tworząc groty, które zamieszkiwali kiedyś mnisi. Światło też stało się niesamowitym tłem dla tych dzieł. Często oświetlone punktowo wyglądają jeszcze bardziej dostojnie i spektakularnie, lub wręcz przeciwnie w ciemnych pomieszczeniach, nabierają cech tajemniczości, magii, tak jak dla mnie całe Podlasie. Poza ikonami są tutaj przedmioty z obrządku prawosławnego, takie jak metalowe ikony podróżne i krzyże.

Wychodząc z Muzeum Ikon przechodzę obok Pałacu Buchholtza. To prawdziwa perełka. Powstał on na przełomie XIX i XX wieku w stylu secesyjnym. Obecnie mieści się w nim liceum plastyczne.

Pobyt w mieście kończę na wizycie w Spiżarni Smaków. Tutaj po raz pierwszy próbuję kuchni Podlasia. Mam dylemat Babka ziemniaczana czy kiszka? Kelnerka zgadza się na dwie potrawy po pół porcji. Klient musi być zadowolony 🙂 Obecnie oba dania to ta sama masa ziemniaczana z dodatkiem skwarek. Przy czym w przypadku babki wylewa się ją do blachy, a kiszkę przyrządza się przez nadziewane masą jelita wieprzowego – ot taki substytut kiełbasy, którą jadało się tylko od święta. Powiem tak, dupy nie urywa, ale spróbowałam i następnym razem mogę szukać innych smaków podlaskiego regionu.

Z ciekawostek jakie przeczytałam w przewodniku dowiedziałam się, że w Supraślu od kilkudziesięciu lat rozgrywają się mistrzostwa świata w pieczeniu kiszki i babki ziemniaczanej. No ciekawe czym można zaskoczyć w przygotowaniu tych potraw. A może uda się kiedyś przyjechać na te dni i sprawdzić.

Ruszam dalej. Kieruję się w stronę Kopnej Góry. To od Wojtka z „Narwiańskiego Gościńca” dowiaduję się o tym miejscu. Oddalone od Supraśla 11 km kryję w sobie miejsce, które tak bardzo chciałam zobaczyć, a mianowicie Zagrodę Pokazową Żubrów.

Do Zagrody prowadzi mnie duża drewniana brama. Jest pusto. Po Prawej stronie budynek, w którym zapewne znajdę pracownika, niestety zamknięte i nikogo nie ma. Przypinam rower do pobliskiego drzewa i idę przed siebie. Z oddali dostrzegam terenowe auto, które zmierza w moim kierunku. Wymownie spoglądam w stronę dwóch, jak się okazuję leśników. Pytam o zgodę i o bilet do tego miejsca. Okazuję się, że wchodzi się bez biletów i mogę wejść na tak długo na ile mi czas i chęci pozwalają. Zagroda pokazowa żubrów zbudowana została na dużym, naturalnym terenie. Mieszka tu obecnie 7 żubrów.

Można podziwiać zwierzęta spacerując ogrodzonymi alejkami oraz podziwiając je z jednej z dwóch wież widokowych. Jedna z nich pozwala na obserwację zwierząt podczas karmienia, bo znajduję się blisko paśnika.
Stosuję się do zaleceń, które znajdują się na tablicy informacyjnej przy wejściu. Staram się nie hałasować, nie dokarmiam żubrów, nie płoszę ich. Dbam by mieszkańcy tej zagrody w ciszy i spokoju mogły tutaj być. W sumie jestem tutaj gościem. Przy wyjściu po raz kolejny spotykam się z życzliwością ludzką. Pan leśniczy wręcza mi przewodnik po okolicy, bym lepiej mogła docierać do okolicznych atrakcji.

Wyjeżdżając z Zagrody kieruję się w stronę Krynek. Drogą asfaltową jedzie się wyśmienicie. Przejechałam już niemały odcinek drogi a wcale nie czuję zmęczenia. Nie wiem czy to ludzie wokół bardzo przyjażnie nastawieni dodają mi energii, ale mam jej całkiem sporo. Z Kopnej Góry do Krynek mam 20 km. Mija mi ten odcinek dosyć sprawnie. W Krynkach chcę zobaczyć rondo i synagogę. Tak, tak rondo. Od leśniczego w Kopnej Górze dowiedziałam się o jego unikatowej strukturze. To rondo posiada 12 odnóg, uliczek odchodzących z jego okręgu. Rondo w Krynkach dorównuje jedynie plac Charles-de-Gaulle w Paryżu. Z niego także odchodzi 12 alei, a pośrodku, na rynku usytuowany jest Łuk triumfalny.

Tuż przy rondzie znajduję się Synagoga. Synagoga Kaukaska powstała w 1850 roku. Zbudowali ją w ówczesnym czasie garbarze. Miała służyć również biednej ludności, pochodzącej z dzielnicy nazywanej Kaukazem. Niestety podczas okupacji w 1941 roku Niemcy zdewastowali ją i zamknęli. Na szczęście została odbudowana w 1955 roku, a wewnątrz umieszczono kino. Obecnie ma tu siedzibę Gminny Ośrodek Kultury i Sportu. W trakcie mojego pobytu, póżnym popołudniem niestety synagoga była zamknięta. Podobały mi się fotografie dawnych mieszkańców, które znajdują się w oknach Synagogi.

Po zobaczeniu tych atrakcji, uzupełnieniu wody jadę w kierunku Kruszynian.

Kruszyniany, to mała wieś w województwie podlaskim, która leży na samym jego końcu i dzieli ją zaledwie 3 km od granicy z Białorusią. Wybierając się na Podlasie przyznam szczerze, że sporo czytałam, zbierałam informację o tym regionie Polski. Kruszyniany były w pierwszej trójce top miejsc do zobaczenia.

Zapytacie dlaczego? Co może oferować mała wioska? Zaraz wyjaśnię. Znana jest głównie z tego, iż jest zamieszkana od lat przez społeczność tatarską. Skąd więc na Podlasiu znaleźli się Tatarzy? Jak tutaj się znależli i otrzymali prawa do zamieszkiwanych przez siebie ziem?

Kiedy w XVIIw. Jan III Sobieski wzmacniał swoje oddziały wojskami tatarskimi i uzbrajał je, nie starczyło mu pieniędzy na wynagrodzenie za żołd dla tatarów. Był wdzięczny za ich oddanie i pomoc, w zamian obiecał im wynagrodzenie za zaległy żołd, w postaci nadania praw ziemskich.

W taki oto sposób, na mocy przywileju z 1679r. Tatarzy osiedlili się na ziemiach polskich. Wraz z prawem do ziem, otrzymali oni również obowiązek służby wojskowej.

Obecnie, Tatarzy mieszkający na Podlasiu, w sposób bardzo zdeterminowany kultywują swoje tradycje i podtrzymują ich siłę. Grupują się w muzułmańskich centrach kultury, przekazując z pokolenia na pokolenie wszelkie wartości, promując jednocześnie swoje bogactwo kulturowe. Jednym z obiektów, które tak bardzo chciałam zobaczyć jest meczet w Kruszynianach, obecnie prawdopodobnie najstarszy meczet w Polsce. Wjeżdżając do niewielkiej wsi rozglądam się szukając tego obiektu. Dużo tutaj nie ma domów, ot zwykła wieś z główną drogą przy której ciągną się gospodarstwa domowe w większej lub całkiem bliskiej odległości. Po lewej stronie pomiędzy wiekowymi drzewami widzę charakterystyczny, zielony, drewniany budynek z z wieżyczkami. Nie przypomina meczetu z Turcji czy innych wcześniej oglądanych tego typu budowli. Jest niewielki i wizualnie podobny do budynków podlaskich cerkwi. Jest skromny. Tak bardzo jestem wzruszona, że udało mi się tutaj dotrzeć. Zostawiam rower na parkingu, który znajduję się naprzeciwko meczetu i idę zwiedzać. Bilet wstępu to tylko 10 zł i można posłuchać opowieści przewodnika, który mówi barwnie o historii wioski, polskich tatarach i zwyczajach muzułmańskich.

Wnętrze świątyni, zgodnie z tradycją muzułmańską, podzielone jest na część kobiecą i męską. Z powodu takiego podziału, istnieją tu również dwa oddzielne wejścia. Wnętrze meczetu wysłane jest dywanami, na których wierni odmawiają swoje modlitwy, ściany natomiast zdobią teksty koraniczne. Najważniejszym miejscem meczetu jest mihrab, czyli niewielka wnęka w ścianie, która zawsze wskazuje kierunek Mekki. Równie ważny jest minbar, czyli rodzaj kazalnicy z jakiej imam wygłasza nauki. Co ciekawe w meczecie nie znajdziemy żadnych wizerunków świętych. Wchodząc do meczetu musimy pamiętać, aby ściągnąć buty, nie wolno wchodzić pod wpływem alkoholu, nie robimy zdjęć, nie słuchamy muzyki, nie rozmawiamy przez telefon. Musimy wiedzieć, że jest to miejsce sakralne i powinniśmy zachować szacunek dla tych wartości. Zwiedzanie meczetu w Kruszynianach możliwe jest przez cały rok. Od maja do końca września w godzinach 9.00-19.00. W pozostałych miesiącach należy telefonicznie kontaktować się z przewodnikiem-administratorem meczetu, Dżemilem Gembickim (tel. 502 543 871).

We wsi zgodnie ze sobą żyją rodziny muzułmańskie, katolickie i prawosławne. Mieszkańcy śmieją się, że u nich w wiosce jest najwięcej dni wolnych od pracy. Kiedyś mówiło się nawet na Kruszyniany „wieś triniedzielnaja”, co tłumaczy się trzyświąteczna, bo w piątek świętować zaczynali muzułmanie, w sobotę żydzi, a w niedzielę katolicy i prawosławni. We wsi oprócz meczetu jest również cerkiew prawosławna. Dziś w Kruszynianach mieszka osiem rodzin tatarskich – łącznie 20 osób. Za meczetem znajduję się mizar to cmentarz muzułmański. Założony został prawdopodobnie w drugiej połowie XVII wieku tuż po osiedleniu się Tatarów w Kruszynianach. Mizar otoczony jest kamiennym murem. Najstarsze nagrobki pochodzące z XVII i XVIII wieku stanowią nieociosane kamienie bez inskrypcji. Układ grobów i nagrobków jest nieregularny. Najstarszym zachowanym nagrobkiem jest nieociosany kamień z inskrypcją z 1769 roku. Na cmentarzu, możemy znależć sporo informacji o historii Tatarów. Mizary zbudowane są ściśle według zasad islamu dla tego typu miejsc. Mogiły obłożone są polnymi kamieniami. W ten sposób, by największy znajdował się przy głowie zmarłego, a najmniejszy – u jego stóp. Każdy grób wieńczy tablica inskrypcyjna – półkolistym kamieniem z wyżłobionym na górze półksiężycem i gwiazdami.

Po zwiedzeniu tych obiektów cofam się na początek wioski i idę do zajazdu tatarskiego „Na końcu świata”. W zajeżdzie w menu znajdują się dania tatarskie, jakich gdzie indziej nie uda się spróbować. Tatarska kuchnia jest bardzo zróżnicowana, ciekawa tak jak sami Tatarzy. Dużo w niej mięsnych dań. Jest dosyć tłusta, kaloryczna, z wpływami tureckimi, ukraińskimi i rosyjskimi. Nie ma w niej podwójnej obróbki, wcześniejszego duszenia, obsmażania mięsa, dominuje w niej prostota. Trudno jej się oprzeć, bo jest wyjątkowo smaczna i prosta a na dodatek, bardzo syta. Zamawiam czebureki – to pierogi lepione z ciasta pierogowego i farszu – mięsnego lub warzywnego. Bezpośrednio po zlepieniu smaży się je w głębokim tłuszczu, dzięki czemu stają się przyjemnie chrupiące. 

 

I choć z pewnością mój GPS straci orientację w terenie, a ja tracę tam zasięg komórki, odnajduję coś bardzo cennego – wioskę tatarską, w której na straży pamięci o przeszłości, stoją pełni pasji mieszkańcy, tak oddani swojej kulturze, że z przyjemnością dzielą się tą wiedzą.

Noc spędzam u Larysy 86 letniej mieszkanki wioski. W małym pokoiku, przybudówce regeneruje siły by rano wyruszyć w kolejną piękną przygodę po Podlasiu.

Dzień trzeci

Uderzające krople deszczu wybudzają mnie o świcie. Nie spiesząc się pakuję swoje rzeczy na rower, jem śniadanie. Wymieniam się informacjami z moją gospodynią i ruszam przed siebie. Chcę dzisiaj dojechać na szlak otwartych okiennic do miejscowości Soce. Trochę jadąc między kroplami deszczu jadę przez malutkie podlaskie wsie. Mam wrażenie, że czas tutaj się zatrzymał. Zauważam niesamowitą autentyczną spójność z rytmem wschodzącego dnia budzących się gospodarstw. Piejący kogut na płocie, chłop niosący wodę ze studni to już obrazki ze starych filmów… a tutaj mijam je jak codzienność, niesamowite!!! Wsie na Podlasiu oferują unikalny klimat i styl życia, łączący spokój z pięknem natury i bogactwem kultury. Wiele z nich słynie z charakterystycznej architektury, m.in. drewnianych domów z kolorowymi okiennicami, z żurawiami czy z ziemiankami w ogrodach. Ziemianki służą przede wszystkim do przechowywania żywności, takiej jak warzywa, owoce i przetwory, dzięki utrzymywaniu stałej, niskiej temperatury. Są one alternatywą dla tradycyjnych piwnic.

Mijam wsie Sanniki, Szaciły, poruszając się asfaltową drogą. Jest to przyjemny odcinek drogi. Dopiero we wsi Nietupa skręcam w prawo w drogę, która prowadzi mnie przez las. Niestety droga ta z asfaltowej zmienia się w szutrową, piaszczystą namokniętą, grzęską która całkowicie zmienia jakość jazdy. Jadę kolejny kilometr tą uciążliwą, namokniętą drogą przez las, wokół słychać tylko śpiew ptaków i całkowita cisza. Słyszę swój oddech, swoje myśli. Koncentruję się na drodze. Niestety przy stromym zjeżdżie w dół mimo hamowania pulsacyjnego mój rower wraz z sakwami wpada w dziwny slalomowy ruch i tracąc równowagę, obracając się na bok ląduję na glebie. Finalnie: ból prawego łokcia, uda i żebra i potrzaskany telefon. Zbieram się dosyć sprawnie. Sprawdzam czy mogę poruszać wszystkimi kończynami i z ulgą prowadząc rower powoli przemieszczam się do przodu. Cieszę się, że kask zabezpieczył moją głowę od uderzenia, bo upadając przede wszystkim uderzyłam głową o grunt. Kolejny odcinek drogi przemieszczam się prowadząc i jadąc na rowerze naprzemiennie. W środku lasu spotykam rodzinę zbierającą leśny szczaw. Oni przy rozjeżdzie wskazują mi łatwiejszą drogę, która ma z szutrowej zmienić się w ” kocie łby”, wówczas jeszcze nie wiedziałam co to za rodzaj drogi. To również nie była łatwa droga. Prowadząc rower poboczem, odcinkami metr po metrze jadąc docieram do Gródka.

Gródek w XV wieku stał się siedzibą magnackiego prawosławnego rodu Chodkiewiczów. Jadąc główną ulicą Gródka zauważam cerkiew p.w. Narodzenia Najświętszej Marii Panny.

Jest to cerkiew współczesna – kamień węgielny pod jej budowę położono 21 grudnia 1946 roku. Mam szczęście. Cerkiew z powodu wymiany instalacji elektrycznej jest otwarta. Niestety sporo cerkwi spotykanych na mojej trasie jest zamkniętych ze względu na strach przed złodziejami. Wchodząc do cerkwi rozglądam się dookoła. Wnętrze cerkwi jest bogato zdobione freskami, ikonami, ornamentami i złoceniami, tworząc atmosferę sakralnej przestrzeni.  W cerkwi spotykam jednego z mieszkańców Gródka, który na czas remontu pełni rolę opiekuna tego miejsca. Opowiada mi historie pożaru tej budowli, tłumaczy mi znaczenie krzyża prawosławnego oraz nakreśla mi ogólne zasady panujące w cerkwi. Pytam też o krzyż prawosławny często mijany tutaj po drodze. Jakie znaczenie maja trzy belki poprzeczne na krzyżu?

Trzy belki poprzeczne mają głębokie symboliczne znaczenie w tradycji prawosławnej: górna belka reprezentuje tabliczkę z napisem o winie Jezusa, środkowa belka jest dla rąk Chrystusa, a dolna, z unikalnym podniesieniem i opuszczeniem, symbolizuje losy dwóch łotrów ukrzyżowanych razem z Jezusem. Czasami pod krzyżem znajduje się czaszka, symbolizująca Adama, którego grzech miał zostać odkupiony przez ofiarę Chrystusa. W cerkwi należy przestrzegać zasad: * Kobiety powinny nosić chustki na głowie, a spódnice zakrywać kolana. Panowie powinni unikać krótkich spodenek i koszulek na ramiączkach.  * Wchodząc do cerkwi, warto przeżegnać się i oddać szacunek ikonom. Można również pomodlić się w ciszy, w skupieniu.  * Nie należy wchodzić za ikonostas ani w inne, wyraźnie wyznaczone strefy zarezerwowane dla duchownych.  * Do duchownego prawosławnego zwracamy się per „proszę księdza”, a nie „proszę popa”.  * Przyjęcie Eucharystii przez katolików w cerkwi jest możliwe po wcześniejszym uzgodnieniu z duchownym. 

Z wielkim wzruszeniem opuszczam cerkiew w Gródku i mojego przewodnika, który pokazał mi zupełnie inna, nieznaną religię z troską o zrozumienie tych wartości, z cierpliwością odpowiadał na moje pytania. To było bardzo wartościowe. Dziękuję. Z Gródka wysyłam pocztówki do domu i do najbliższych. Mam taką tradycję, wysyłam pozdrowienia z każdego miejsca na świecie, z każdej podróży- do siebie też. Kieruję się teraz w stronę Odrynek. Drogę analizuję rozważniej, pytam miejscowych o nawierzchnię tej planowanej drogi. Wolę nadrobić czasami, jeżeli jest taka możliwość kilka kilometrów, niż stracić prowadząc rower lub nawet przebijając dętkę. Kolejny etap drogi przemierzam trasą Green Velo. Mijam malownicze wsie z drewnianymi cerkwiami, pola i łąki wśród klekotu bocianów, w sielskiej atmosferze z poprzedniej epoki. która przywodzi mi na myśl dzieciństwo.

Docieram do Odrynek. To miejsce nie przypadkowo znalazło się na mapie mojej podróży. W Odrynkach znajduje się Skit.… Jak w tak magicznym rejonie nie znależć perełki, która znajduje się w pobliżu zakoli Narwi. To miejsce o niezwykłej duchowości i sile wyciszenia. Dojeżdżam tam zupełnie intuicyjnie, cos mnie prowadzi, każe jechać dalej. Wśród ciszy łąk i lasów trafiam na długą kładkę usytuowaną na bagnistych łąkach. Dojeżdżam przez drewnianą kładkę pomiędzy żdżbłami traw, a szumem wiatru do pięknej prawosławnej pustelni św. Antoniego i Teodozjusza Pieczarskich.

Wszystko zaczęło się od tego, że w 1518 roku księciu Michałowi Wiśniowieckiemu ukazała się tutaj ikona św. Antoniego Kijowsko-Pieczerskiego. Gdy książę zbłądził na tych bagnach, prosił Boga, by pomógł mu się stąd wydostać. Wtedy ukazała mu się ikona św. Antoniego i wskazała drogę. To był znak od Boga. Z wdzięczności za cudowne ocalenie, książę kazał wybudować nad Narwią kaplicę ku czci św. Antoniego Kijowsko-Pieczerskiego”  Już z kładki robię pierwsze zdjęcia. Mała niepozorna budowla wydaję się taką tajemnicą, tajemnicą, która zachęca by ją odkryć. Ruszam niepewnie do przodu, rozglądam się dookoła. Cisza. Tylko od czasu do czasu któraż z przeschniętych desek pomostu wydaję dżwięk skrzypiących drzwi. Upewniam się czy nie jest spróchniała, idę prowadząc rower dalej. Wreszcie staję przed olbrzymią bramą. Tuż za nią widzę wchodzącego do niewielkiego budynku mnicha. Witam się skinieniem głowy. Nie wiem co powiedzieć, uśmiecham się i pytam ” czy mogę zobaczyć pustelnię na zewnątrz i czy mogę poprosić o pokazanie mi jej w środku?” Mnich zaprasza do zwiedzenia dziedzińca i sugeruję, że teraz jest zajęty ale jak poczekam oprowadzi mnie po budynkach wewnątrz. Jest tutaj jeszcze kilka, może 5 osób, które jak ja spacerują po ogrodzie i podziwiając robią zdjęcia.

Na terenie pustelni znajdują się dwa obiekty sakralne – Cerkiew Opieki Matki Bożej oraz Kaplica Świętych Antoniego i Teodozjusza Pieczerskich.

Po chwili wychodzi mój mnich z domku, bierze klucze. Otwierając cerkiew przyklęknął przed każdą z ikon, ucałował ją i przeżegnał się. Opowiada mi, że mieszka tutaj 6 lat. Obecnie żyję tutaj 3 mnichów. Na pytanie jak mam się do niego zwracać mówi, że „bracie” tak będzie odpowiednio. Pytam również jakich zwrotów używa się na powitanie. Odpowiedział „sława lisusu Christusu”, dlaczego w cerkwi się stoi, nie siedzi? Aby wyrazić pokorę i szacunek przed Bogiem. Jako ciekawostkę podał fakt, że poszczególne elementy ikonostasu zdobiące wnętrze świątyni są wykonane z drzewa dębowego, co jest bardzo unikatowe, gdyż tylko na Kremlu znajduje się taka cerkiew, w której zastosowano podobny materiał. Robię zdjęcia w środku, słuchałam jak z ogromnym entuzjazmem, starannością bym zrozumiała opowiada o poszczególnych miejscach w świątyni.

Żegnając podajemy sobie ręce. Na koniec zadaję mojemu przewodnikowi pytanie co jest najtrudniejsze w życiu pustelnika – odpowiada: „W pustelni najgorsza jest cisza”. Mnich życzy mi bezpiecznej i spokojnej drogi a ja kupując pamiątki z tego miejsca oddalam się przez długą drewnianą kładkę w dalszą drogę.

Kiedy za horyzontem znika Pustelnia odwracam się po raz ostatni by nacieszyć wzrok spokojnym, tajemniczym miejscem. Przede mną otwiera się przepiękny widok na rozlewiska Narwi, nad którymi od czasu do czasu przelatują biało-czarne bociany. Mam w sobie spokój, to zasługa tego miejsca, które odwiedziłam, a może to zasługa ludzi, których mam szczęście tutaj spotkać. Wybierając się na Podlasie pierwszym punktem, który chciałam bardzo zobaczyć była to Kraina Otwartych Okiennic. Brzmi uroczo? A za nazwą kryją się niesamowicie piękne, malownicze wioski, które urzekają swoją wyjątkowością każdego, kto tutaj zawita. Małe wyjątkowo piękne wioski to Trześcianka, Puchły i Soce. Łączy je jedno piękna drewniana, sielska architektura, niezwykłe snycerskie zdobienia i kolorowe – zawsze otwarte – okiennice. Drewniane chaty pomalowane w różnych barwach z kolorowymi, kwiecistymi ogródkami tworzą bajkowy świat. Niespotykane w innych regionach Polski ornamenty wywodzą się z rosyjskiego budownictwa ludowego.

Drewniane chaty z duszą nadal pamiętają czasy, ludzi, zapachy i historie o Podlasiu – prostym, ale pełnym ciepła i autentyczności. Zatrzymuję się na chwilę i słucham jak skrzypi stara podłoga, jak wiatr przenika przez niedomknięte drzwi, jak kwiaty zaglądają do okien.

Region ten zamieszkują głównie ludzie białoruskiego pochodzenia, która nadal kultywuje swój folklor, widoczny nie tylko w zabudowie, ale też obrzędowości i gwarze. Piękne drewniane prawosławne cerkwie również niezwykle wpisują się w klimat tej krainy. Trześcianka to pierwsza wieś, która znajduje się na mojej trasie. Jadąc jedyną ulicą jaka znajduję się we wsi rozglądam się dookoła starając się uchwycić każdy szczegół tego miejsca. Małe zdobione kolorowe domki z niewielkimi ogródkami, z kwitnącymi kwiatami sterczącymi ponad sztachety drewnianych płotów przykuwają moją uwagę. Obok na słupie zadomowił się bocian, wraz z rodziną przygotowują się do lotu. Jadę dalej. Wolno mijam niewielkie gospodarstwa. Przy budynku Straży Pożarnej zauważam deskal. Deskal to malowidło przypominające mural, tyle że wykonane na drewnie. Województwo podlaskie słynie z tego rodzaju prac, a to głównie za sprawą Arkadiusza Andrejkowa. Artysta przemierzył region wzdłuż i wszerz i pozostawił po sobie fantastyczny ślad w postaci ponad 20 deskali. Na drewnianych domach i stodołach uwiecznił, korzystając ze starych fotografii, ich dawnych właścicieli. Zsiadam z roweru, wyciągam aparat, uwieczniam obraz. Jest wyjątkowy.

Kolejnym pięknym miejscem, które znajduje się na mojej drodze jest cerkiew św. Michała Archanioła w Trześciance. Niestety w cerkwi trwa nabożeństwo pogrzebowe i nie mogę odwiedzić tego miejsca.

Pierwsze wzmianki o prawosławnej świątyni w tej miejscowości również pochodzą z XVI wieku. Jednak dokładnego jej miejsca nie udało się ustalić. Zachowany najstarszy dokument, potwierdzający działalność cerkwi w Trześciance pochodzi z 1773 roku. Jest w nim mowa o małym drewnianym obiekcie. Ta, którą obecnie możemy podziwiać została wzniesiona w drugiej połowie XIX wieku.

Historia budowy cerkwi i w tym przypadku wiąże się z pewną legendą. Jeden z mieszkańców planował budowę swojego nowego domu. Potrzebował więc drewna. W tym celu udał się do handlującego tym materiałem Żyda. Gdy przystąpił do pracy, z jednej z belek wysypały się złote dukaty. Uznał, że to musi być znak i przeznaczył je na budowę cerkwi. To właśnie dzięki niemu oraz wsparciu innych parafian wzniesiono w Trześciance piękną świątynię, która stoi tu do dziś. Gruntowny remont budynek przeszedł w 2014 roku. Wówczas odnowiono jej elewację, kopuły wraz z krzyżami, dach oraz okiennice. Dziś wygląda wręcz zjawiskowo, stanowiąc jedyną taką prawosławną budowlę sakralną w tym rejonie. Jej zielona elewacja sprawia, że bez dwóch zdań można ją zaliczyć do najpiękniejszych kolorowych cerkwi Podlasia.

Dowiedziałam się od księdza prawosławnego, że kolory cerkwi nie są bez znaczenia. Każdy z nich niesie ze sobą pewną intencję. Niebieskie cerkwie poświęcone są Matce Bożej lub Archaniołowi Michałowi. Kolor zielony ma związek z Duchem Świętym, brązowy zaś upamiętnia męczenników. Żółte czy raczej złote elewacje mają związek Chrystusem bądź świętymi apostołami oraz biskupami.

Pokonując kilka kilometrów dojeżdżam do wsi Puchły. To kolejna wieś na tej trasie. Jest w niej coś szczególnie wyjątkowego a mianowicie piękna błękitna cerkiew. (pamiętacie symbolikę koloru) Cerkiew pod wezwaniem Opieki Matki Bożej.

Szukając informacji o cerkwi w Puchłach znalazłam legendę mówiącą o jej powstaniu. Dawno temu mieszkał tutaj pewien człowiek, który jak zachorował postanowił zwrócić się do Maki Bożej z prośba o wyzdrowienie. Codziennie żarliwie modlił się. Po pewnym czasie jego modlitwy zostały wysłuchane. W gałęziach lipy ukazała mu się ikona Bogurodzicy, a opuchlizna (w miejscowej gwarze opuchli), po prostu zniknęła. W tymże cudownym miejscu została wybudowana świątynia, poświęcona Matce Bożej, a wieś przyjęła nazwę Puchły… właśnie od opuchlizny, z której ów człowiek został wyleczony. Oczywiście jest tez inna wersja tej nazwy od nazwiska któregoś z rodu żyjącego w tej wsi, ale ta z tą opuchlizną mnie przekonuje i brzmi tak magicznie. Ile w tym prawdy- nie osądzam, faktem jest, że Puchły to popularny cel prawosławnych pielgrzymek.

Najstarsze pokolenie mieszkańców, mniejszość białoruska nadal posługuję się między sobą melodyjną starą gwarą podlaską. Jadąc przez las szutrową drogą około 6 km zaskakuję mnie deszcz. Ba deszcz to delikatne stwierdzenie. Potężna ulewa całkowicie rozłożyła mój plan. Przemoknięta, z łańcuchem w błocie, szutrze w kole zębatym i w łańcuchu prowadząc rower w ciemnościach docieram do Soce. Życzliwych ludzi spotykam i tutaj. Dostaję mały drewniany domek na nocleg, gdzie mogę wyczyścić rower, naprawić łańcuch, wysuszyć się, ogrzać i wyspać by rano ruszyć dalej.

Dzień czwarty

Zakochałam się w Podlasiu i jego pięknej architekturze. Stare domy mają w sobie coś unikalnego- taki archaiczny, sielski urok, którego nie można odtworzyć w nowych budynkach.

Rano wyspana, zregenerowana ruszam zobaczyć z bliska Soce. Unikatowym walorem tego miejsca jest zachowany dawny charakter takiej wsi, słynących z osobliwej kultury z widocznymi wschodnimi wpływami. I chociaż takie wsie znane mi są z dziecinnych lat, ich wygląd, struktura, sposób w jakim ludzie tutaj żyją to z ogromnym sentymentem i z zachwytem przyglądam się siedzącym na ławeczkach starszym paniom, które żywo reagują na kontakt ze mną opowiadając o sposobie na życie, o tym jak spędzają dużo czasu tutaj na ławeczce razem opowiadając sobie o wszystkim co ich spotkało, co widziały i o czym usłyszały. Starsze mieszkanki Soce tłumaczą mi znaczenie krzyży stojących na początku wsi, których postawienie uchroniło kiedyś ich wieś przed zarazą.

Czas opuścić ten region niczym z powieści „Konopielka” i jadę dalej ale nostalgiczne miejsca również towarzyszą mi na trasie.

Do tej pory w moim życiu nie widziałam tak dużej ilości bocianów na raz. Były nade mną – w sowich gniazdach, żerowały na przydrożnych łąkach, brodziły na mokradłach. Bocian Biały – symbol naszego kraju w przeciwieństwie do czarnego rozwinął zdolność życia w bliskim sąsiedztwie człowieka. Nie jest nieśmiały i buduję swoje gniazda na kościołach, stajniach, kominach domów czy słupach energetycznych, bez wątpienia polubił Podlasie, nic dziwnego wszak rzeka Narew i jej rozlewiska zapewniają im niezłą dietę.

Ze względu na to, iż właśnie w te części Polski znajduje się największe skupisko bocianów, utworzono tu w 2002 roku – Podlaski Szlak Bociani( długość to 415 km). Jest to szlak rowerowy i biegnie przez obszary aż czterech Parków Narodowych – Białowieskiego, Narwiańskiego, Biebrzańskiego i Wigierskiego. Jadąc tym szlakiem przejeżdżając przez pola pełne zbóż, czerwonych maków i kobaltowych chabrów dojeżdżam do małej miejscowości Narew.

Narew to miasteczko położone między dwoma parkami narodowymi – Białowieskim i Narwiańskim. Prawa miejskie otrzymała w 1529 roku, ale straciła w 1934. Wśród atrakcji Narwi znajduje się kościół parafialny p.w. Wniebowzięcia NMP i Św. Stanisława Biskupa Męczennika ufundowany przez króla Zygmunta Starego i jego małżonkę królową Bonę w 1528 roku. W kolejnych latach kilkakrotnie świątynię odrestaurowano. W miasteczku znajduję się również XIX – wieczna cerkiew pw. Podwyższenia Krzyża Świętego. Mam szczęście, jest otwarta ponieważ trwają tutaj prace wymiany instalacji elektrycznej. Wewnątrz cerkwi spotykam pana, który nadzoruję pracę i jest niesamowitym pasjonatem tego miejsca.

Opowiada mi historię cerkwi, poszczególne znaczenie ikon, miejsc sakralnych czy malowideł. Wnętrze cerkwi zostało całkowicie odrestaurowane po pożarze, który miał miejsce w 1990 roku. Pierwsza wzmianka o istnieniu cerkwi prawosławnej w Narwi pochodzi z 1560 roku. Miejscowa legenda mówi o tym, że fundatorem cerkwi był Kniaź Iwan Wiśniowiecki. Kiedy przeprawiał się tu tratwą przez rzekę Narew, zauważył w szałasie przewoźnika, modlącego się właśnie przed ikoną św. Antoniego Pieczerskiego. Ujęty pobożnością flisaka zaproponował umieszczenie obrazu w kaplicy. W przeciągu kilku stuleci prawosławna świątynia kilka razy zmieniała swój wygląd. W XVIII wieku zburzono starą, a na jej miejscu wzniesiono kolejną. Zaś w XIX wieku dotychczasowa cerkiew została przeniesiona na cmentarz, a w tym miejscu ponownie wybudowano nową. W 1915 roku parafia została opuszczona wskutek bieżeństwa, czyli masowych przesiedleń w głąb Rosji. Mieszkańcy zabrali wówczas ze sobą cenne ikony, które nigdy już do Narwi nie powróciły. Mój przewodnik poleca mi miejsca na mojej trasie godne uwagi.

Tak więc jadąc przez Łosinkę podziwiam cerkiew św Apostoła Jakuba Alfeusza. Jasna elewacja z kontrastującymi niebieskimi kopułami od razu zwraca uwagę. Cerkiew pw. św. Apostoła Jakuba Alfeusza w Łosince została wybudowana na wzgórzu w latach 1882-1886. Tutaj także swój wkład miała Izabela Branicka oraz jej mąż, wieki hetman koronny. Jej bajeczny wręcz kształt przywodzi na myśl architekturę rodem z białoruskich, bądź rosyjskich wiosek.

Na terenie Podlasia od wieków przeplatają się losy wielu narodowości, które starają się zachować swoje tradycje i dbać i źródło, z którego się wywodzą. Jadąc dalej docieram do miejscowości Nowoberezowo.

Tutaj bardzo ciekawa budowla w innym kolorze niż dotychczas odwiedzane przeze mnie. Ta złota cerkiew ( właściwie to koloru musztardowego) św. Apostoła Jana Teologa to perełka jakich mało, prawdziwy zabytek. Została wzniesiona w 1771 roku, jest cerkwią pounicką, a do dziś zachowała się niemal w oryginalnym stanie. Przetrwała blisko 250 lat, choć w międzyczasie jej wygląd się zmieniał. W momencie budowy cerkiew nie posiadała dzwonnicy oraz kopuły nad częścią środkową cerkiew. Niestety nie udało mi się zobaczyć malowideł na suficie, czyli ikon pisanych które są unikatowe w tym rejonie, bo jedyne w północno- wschodniej Polsce, ponieważ obiekt był zamknięty.

 

Po niezliczonej ilości pięknych widoków, drewnianych cerkwi i starych przydrożnych krzyży z niezrozumiałymi dla mnie napisami. Tak, tak… Krzyże stare i nowe. Katolickie i prawosławne. Ozdobione kwiatami lub kolorową tkaniną. Spotykam je na rozstaju dróg, na początku i na końcu podlaskich miejscowości, a także w pobliżu domów. Wtapiają się w krajobraz, trudno wyobrazić sobie Podlasie bez nich.

Kilka godzin spędzonych na siodełku roweru i docieram do Hajnówki. Pierwszą dosyć okazałą atrakcją i jedną z najważniejszych która pojawiła się na mojej drodze jest Sobór Świętej Trójcy, który wyróżnia się swoim rozmiarem i pięknymi polichromiami. Większość mieszkańców miasta jest wyznania prawosławnego, dlatego znajdujące się tam cerkwie pełnią ważną rolę wśród lokalnej społeczności. Świątynię budowano przez 18 lat i charakteryzuję się ogromnymi kopułami oraz dachem, który wygląda jakby falował. Sobór posiada aż 7 ołtarzy i może pomieścić 5 tysięcy osób. W świątyni co roku w maju odbywa się Międzynarodowy Festiwal Hajnowskie Dni Muzyki Cerkiewnej. 

Żubr żyję w lesie:) Ale również można go spotkać na skwerze im. dr Dymitra Wasilewskiego w centrum gdzie znajduję się pomnik żubra. Odlany z brązu posąg przyciąga uwagę swoją naturalną wielkością, dlatego odwiedzający miasto zatrzymują się, by zrobić sobie z nim zdjęcie. Tuż obok jest też inny, jego bratnia replika wykonana z roślin ozdobnych.

W mieście byłam również zobaczyć miejsce z którego wyrusza kolejka wąskotorowa do wsi Topiło. (niestety wówczas jak ja tutaj jestem a jest czwartek kolejka nie jeżdzi) Przejażdżka kolejką to możliwość zobaczenia Puszczy Białowieskiej z niecodziennej perspektywy. Sieć kolejek została wybudowana przez Niemców w czasie I wojny światowej i była wykorzystywana do transportu drewna, aż w 1991 roku postanowiono ją przekształcić na atrakcję turystyczną. Kolejka kursuje na 11-kilometrowej trasie, prowadzącej przez lasy, malowniczą Dolinę Rzeki Leśnej i rezerwat dzikiej przyrody Głęboki Kąt. 

Wąskotorowa Kolejka Leśna w Hajnówce- informacja

Odjazd: Nadleśnictwo Hajnówka, ul Kolejki Leśne 12 w Hajnówce. Ceny biletów: normalny – 30 zł/ ulgowy -20 zł/ przewóz roweru, psa – 5 zł/ bezpłatnie dzieci do 4 roku życia. Trasy oraz harmonogram przejazdów: Hajnówka – Topiło ( min 40 osób) Hajnówka – Dolina Leśnej (min 20 osób)
– w okresie od 12 maja do 30 czerwca – w każdą sobotę o godz. 10:00 i 14:00
– w okresie od 1 lipca do 31 sierpnia – w każdy wtorek, czwartek, sobotę i niedzielę  o godz.10:00 i 14:00
– w okresie od 1 września do 29 września – w każdy czwartek i sobotę  o godz. 10:00 i 14:00.
Dodatkowo: od 28 kwietnia do 6 maja – codziennie o godz. 10:00 i 14:00 / 1 czerwca  o godz. 10:00 i 14:00 / 15 sierpnia o godz. 10:00 i 14:00

Nagrodą za przejechanie dość długiego odcinka mojej trasy jest kawa i tradycyjne ciastko Marcinek. Hajnowski marcinek to tradycyjne, wielowarstwowe ciasto składające się z wielu cienkich placków przekładane kremem śmietanowym przypominające wyglądem tort. Używane są do jego wyrobu lokalne składniki w tym śmietana z mleka pochodzącego z rejonu puszczy. Jest znane i cenione jako lokalny produkt. Wpisany został na listę produktów tradycyjnych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Na nocleg jadę do Agroturystyki „Relax” w Orzeszkowie.

Dzień piąty

Rano postanowiłam, że zostanę na jeszcze jeden dzień na tej cudownej agroturystyce Relax w Orzeszkowie, gdzie przemiła gospodyni Gienia karmi smacznymi pysznościami. Zostawiam większy bagaż i tylko z niewielką sakwą jadę w kierunku miejscowości Stare Korniewo. To tutaj znajduję się cerkiew św. Michała Archanioła oraz św. Anny.  

W zasadzie stoją tu dwie cerkwie obok siebie, większa pw. św. Michała Archanioła z 1893 roku, mniejsza pomocnicza – św. Anny z 1892 roku. Pierwsza z nich jest główną świątynią prawosławną w tej miejscowości. Cerkiew Świętej Anny w przeciwieństwie do Cerkwi Świętego Michała jest orientowana – jej prezbiterium skierowano ku wschodowi. Rok starszą świątynię zbudowano z drewna pochodzącego ze starej dzwonnicy i miała ona służyć jako świątynia zastępcza na czas budowy głównej, większej cerkwi. Bez wątpienia budowle tworzą dziś piękny błękitny duet. Z cerkwiami wiąże się niesamowita legenda, którą usłyszałam od mojej gospodyni. W czasach okupacji jednego z mieszkańców wsi prowadzili żołnierze niemieccy do obozu. Chłop skuty kajdankami przechodził obok cerkwi i poprosił żołnierzy by mógł wejść do środka i po raz ostatni pomodlić się. Gdy wszedł i odmówił modlitwę jego kajdanki rozpięły się i upadły na posadzkę. Ten fakt spowodował, że żołnierze puścili chłopa wolno. Kajdanki znajdują się przed świątynią na ogromnym głazie. Inną ciekawostką z historii wsi jest fakt, iż Stary Kornin był niegdyś celem masowych pielgrzymek. W 1704 roku objawiła się tutaj cudowna ikona Matki Boskiej. Wiele osób chorych, niedołężnych i kalekich przychodzili tutaj prosząc o uzdrowienie. Tłumy były tak wielkie, że w pewnym momencie mała cerkiew nie zdołała ich pomieścić. Stopniowo też ulegała przez to zniszczeniu.

Postanowiono rozbudować cerkiew. Tak powstała nowa świątynia pw. św Michała Archanioła. Niestety cudowna ikona Matki Bożej została zabrana stąd w czasie bieżeństwa, czyli masowych przesiedleń w głąb Rosji. Nigdy do Starego Kornina nie powróciła, przez co wieś straciła na znaczeniu.

Kilka kilometrów dalej znajduje się miejscowość Orla to tutaj znajduje się nieco zniszczona i opuszczona synagoga. Synagoga jest jedną z najpiękniejszych na Podlasiu. Powstała w XVII wieku, była kilkakrotnie przebudowywana, stanowiła ważne miejsce w dziejach wspólnoty żydowskiej zamieszkującej Podlasie. Zdewastowana w trakcie II wojny światowej oraz wyniszczona w czasach istnienia PRL ciągle czeka na prace konserwatorskie i renowacyjne. Czytałam, że kilku wolontariuszy w tym sołtys wsi Orla prężnie działają by historia owej synagogi przetrwała w pamięci kolejnego pokolenia.

Tuż przy głównej drodze na mojej trasie zauważam cerkiew pw. św. Archanioła Michała, której elewacja ma kolor brązowy. Powiem szczerze, że ten kolor cerkwi nie wywołuję efektu wow, zwłaszcza dla kogoś kto przez ostatnie dni widział cerkwie w intensywnych żywych kolorach. Niemniej na cerkiewnym szlaku podlaskim świątynia w Orli stanowi również prawdziwą perełkę oraz cenny zabytek. Bowiem parafia w Orli należy do najstarszych parafii Kościoła Wschodniego na Podlasiu, która – dzięki patronatowi Radziwiłłów – była jedną z najdłużej pozostających przy prawosławiu. Historia budowy obecnej cerkwi związana jest z Izabelą z Poniatowskich, żoną wielkiego hetmana koronnego Jana Klemensa Branickiego. Tak więc nie okładka a wnętrze czyni dzieło wyjątkowe.

Kolejne wykręcone kilometry zachęcają mnie do odpoczynku i zatrzymania się w pięknych okolicznościach. Kiedy można zwolnić i zatrzymać bez zerkania na zegarek, bez presji, że coś musisz, gdzieś zdążyć, to daje mi wolność. Te chwile bez pośpiechu to najlepsze co tutaj doświadczam. Zatrzymuję się na kwiecistej łące, rozkładam swoją małą kuchenkę i zaparzam sobie pyszną kawę. Mój styl podróży to częste pogodzenie się z tym, że nie zjem posiłku przy stole, nie wypiję kawy z expresu (w sumie takiej nie lubię) To kawa w towarzystwie małego pająka wędrującego tuż przy mojej nodze, lub kanapka pod drzewem lub na przystanku.

Tak, często to dosyć spore odległości. Jak dojeżdżam do kolejnego miejsca, gdzie wyłaniają się z zakrętu najpierw pojedyńcze budynki, by póżniej pojawiła się kolejna wioska czuje ekscytację, co nowego zobaczę tutaj. W Dubiczach Cerkiewnych mogę zobaczyć cerkiew Opieki Matki Bożej, która została zbudowana w 1954 roku. Pierwszą cerkiew w wiosce wzniesiono już 1593 roku, jednak na skutek epidemii dżumy oraz najazdów silnie ucierpiała wraz z całą wioską. Dzisiejsza świątynia to intensywnie niebieska, prosta drewniana budowla zwieńczona blaszanym dachem i wieżą zwieńczonymi kopułami.

Losy prawosławnej świątyni były bardzo burzliwe, jak i burzliwe były czasy. Epidemia dżumy, późniejszy najazd szwedzki spowodowały, że wieś się wyludniła. Wówczas spłonęła także cerkiew. Zachowała się jedynie ikona Matki Bożej Opiekuńczej. Dlatego też nowa świątynia została poświęcona właśnie Najświętszej Maryi. Słyszałam od mieszkańców wioski dwie różne legendy odnośnie spalenia cerkwi. Niektórzy twierdzą, że pożar doszczętnie strawił całą świątynię. Uratowano tylko wspomnianą już ikonę. Jakimś cudem wiatr wywiał ją z płonącego budynku i rzucił w miejsce, w którym stoi obecna. Jedna z wiekowych mieszkanek wsi opowiedziała mi z przejęciem bardziej nieprawdopodobną historię. Świątynia miała zapaść się po prostu pod ziemię. W ten oto sposób kara za grzechy dosięgła złych ludzi. Podobno, gdy przyłoży się ucho do ziemi, można wciąż usłyszeć bicie starych dzwonów. Większość mieszkańców gminy Dubicze Wielkie deklaruje się jako Białorusini.

Rozmawiając z mieszkańcami Podlasia często słyszę niezrozumiałe dla mnie słowa. Ich mowa jest melodyjna, śpiewająca. Zdarzyło mi się również, że np, w Kruszynianach rozmawiający ze sobą mieszkańcy używali języka znanego mi ze szkoły z lekcji języka rosyjskiego. Śmiali się ze mnie gdy za każdym razem pytałam o znaczenie słów lub mniej lub bardziej udolnie tłumaczyłam poszczególne słowa. Gwara podlaska, podobnie jak inne gwary regionalne, jest częścią dziedzictwa kulturowego. Zwana też „po swojomu”, „po naszomu”, „pudlaśki”, „prostym językiem” czy „tutejszy”, to język wschodniosłowiański wykształcony na styku języków polskiego, ukraińskiego i białoruskiego. Ostatnio przeczytałam, że w 1930 r. 70% Polaków mieszkało na wsi. Wieś w której spotykam te trzy kobiety ze zdjęcia na Podlasiu liczy ok. 20 mieszkańców. Wokół dzika przyroda, lasy, łąki, zwierzyna. Zawsze jadąc rowerem wiele kilometrów nie widząc człowieka, myślę sobie jak ludzie Tu mieszkający są zdani i zależni od natury, przyrody, a zarazem jak szczęśliwi mając swój spokój, z dala od tego szumu miast. Ja myślę jak im ciężko tu, a te kobiety pytają, „Pewnie ciężko Ci się żyję w dużym mieście?”

Cudowne mieszkanki Podlasia

Jezioro Topiło to miejsce do którego jadę spory odcinek przez las. Cisza wokół, pusta droga i ja. Można jechać, podziwiać i rozmyślać o sensie, chaosie i celu. Przepiękne, tajemnicze uroczyska zmuszają wręcz do rozmyślań i zadumy. Często ludzie zadają mi pytanie czy się nie boję tak sama jechać rowerem. Jechać przez lasy, odległe miejsca, puste i czasami mroczne. Szczerze? Nie myślę o tym, że może się coś złego przydarzyć. Właściwie co to jest to złe? Często pytający sami nie wiedzą co to jest to „złe” Jestem bardzo przyjażnie nastawiona do ludzi, nie jeżdżę po zmroku, unikam miejsc gdzie może być niebezpiecznie, często spotykając drugiego człowieka witam go uśmiechem i nawet jak miał jakieś inne zamiary w moim kierunku to argument uśmiechu niweluje te złe zamiary.

Topiło to osada położona nad rzeczką Perebel, w sercu Puszczy, kilka kilometrów zaledwie od granicy z Białorusią. Nazwa osady pochodzi prawdopodobnie od okolicznych moczarów, w których często topiło się bydło. Po dotarciu na miejsce stwierdzam, że jestem tutaj zupełnie sama. No tak kolejka wąskotorowa dzisiaj nie kursuję stąd brak podróżnych. Ale dla mnie to fajna opcja. Mogę tuż przy jeziorze porośniętym rzęsa wodną napić się kawy w odosobnieniu , z dala od cywilizacji. Cudowny moment na relaks w zagubionej gdzieś w oddali puszczy potrafi zdziałać cuda…

Topiło nie jest zbiornikiem naturalnym. Zalew powstał po Pierwszej Wojnie Światowej i pełnił funkcję magazynu dla ściętych drzew. Stopniowo, gdy po Drugiej Wojnie zaprzestano wyrębu w tej okolicy, zbiornik zmienił się w malownicze jezioro. Obecnie jest to raj dla kaczek i innego ptactwa wodnego. Tuż obok zalewu znajdują się miejsca rekreacji dla turystów. Są tu toalety, altany, miejsce na ognisko. Niewątpliwie ciekawą atrakcją jest peron kolejki wąskotorowej, która woziła kiedyś ścięte drzewa do Hajnówki oraz mały parowozik i dwa wagony służące do transportu drewna. Jak już pisałam przy pobycie w Hajnówce można sobie zafundować podróż kolejką z Hajnówki do Topiła i z powrotem.

Wyjeżdżając z Topiło decyduję się pojechać do Białowieży. To całkowicie inny kierunek, wiem, ale chcę zobaczyć jeszcze to miejsce. Jadę przez Hajnówek, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że nadrabiam około 20 km, ale o tym dowiaduję się po pokonaniu tej trasy. Droga do Białowieży to trasa Green Velo, ale dosyć często uczęszczana przez samochody. Głównie lasy, gęste, porośnięte z kilkoma bocznymi zjazdami szutrowymi w głąb lasu. Mijam zjazd do miejsca mocy, ale z głównej drogi to około 6 km w głąb lasu, jest już wieczór i nie decyduję się tam jechać.

Białowieża mnie zaskakuję, niestety negatywnie. Kilka osób spotkanych po drodze polecało mi to miejsce i może dlatego moje oczekiwania były dosyć wygórowane. No nie musze jeszcze napisać o pewnym miłym akcencie tego miejsca, a mianowicie była to zupa solianka. Solianka to gęsta, rozgrzewająca zupa pochodząca z kuchni wschodniej., popularna w Rosji i na Ukrainie.

Charakteryzuje się kwaśno-słonym smakiem i bogactwem składników, najczęściej mięsnych. Tradycyjna wschodnia zupa, jaką jest solianka ukraińska to sycące i tłuste danie o niezwykle wyrazistym smaku, o którym decyduje zastosowany wywar – solianka przygotowywania jest na solance mięsnej, rybnej lub grzybowej. Jednak niezależnie od wybranej wersji, wschodnia solanka powinna mieć słodko-kwaśny smak, który zostaje uzyskany poprzez połączenie aromatycznego wywaru z kwasem z kiszonych ogórków, kwasem chlebowym i cytryną. Swój niepowtarzalny smak, solianka ukraińska zawdzięcza także śmietanie oraz dużej ilości przypraw i dodatków, takich jak pieprz, pietruszka, koper, oliwki czy kapary nadające zupie aromatycznego i nieco pikantnego wykończenia.

W mieście przjeżdżając przez Park Pałacowy jadę pod cerkiew św Mikołaja, Jest ona dosyć pokażnych rozmiarów. Imponujące są na niej dwie kopuły. Jedna z nich służyła, jako dzwonnica, w której zainstalowano 125 kg dzwon. Był on tak głośny, że przy dobrych warunkach atmosferycznych słyszano go na obrzeżach Puszczy.

Jest otwarta. Wewnątrz kilka osób. Pytam księdza, który dosyć bacznie skupia swój wzrok na mnie czy mogę zrobić wewnątrz kilka zdjęć? Nie jest zbyt uprzejmy i wskazując na koszyk mówi mi, że za opłatą. Zostawiam banknot w koszyczku i pstrykam kilka fotek. Największe wrażenie wewnątrz zrobił na mnie ikonostas z porcelany. Był on specjalnie sprowadzony z Petersburga. Jest to jedyny taki zabytek w Polsce. W Europie są jeszcze dwie cerkwie, które są tak udekorowane. Dlaczego tak się stało? Wiemy, że car nakazał zrobić kopie wystroju cerkwi w Białowieży. Z pewnością chodziło o to, aby w razie uszkodzeń podczas transportu można było zastąpić dany element. Ponieważ takich uszkodzeń nie było, to w rezultacie duplikaty wykorzystano w dwóch innych obiektach religijnych. W barwach ceramiki dominuje kolor niebieski i elementy roślinne. Warto zwrócić uwagę nie tylko na ścianę, która oddziela nawę główną od ołtarza. Wszystkie ikony umieszczone na ścianach i filarach również mają obramowania z porcelany w podobnej tematyce i kolorystyce.

Już trochę zmęczona wracam w stronę Hajnówki. Jadę przez wsie gdzie po drodze mijam maleńki skansen znajdujący się zaraz za miejscowością przy drodze w kierunku na Pogorzelce, Teremiski i Hajnówki. Pełna nazwa tego obiektu to Skansen Architektury Drewnianej Ludności Ruskiej Podlasia. Skansen ten jest obiektem prywatnym i powstałym za prywatne pieniądze.

Wracając do Orzeszkowa, gdzie mam zapewniony nocleg chcę odwiedzić jeszcze jedno dosyć ważne miejsce dla prawosławia na Podlasiu – Krynoczkę. Dojazd do tego miejsca jest dla mnie sporym wyzwaniem. Dość wąska droga, szutrowa i kończący się zmierzchem dzień nie ułatwiają przejazdu. Sił już też brakuję. Po drodze w lesie spotykam człowieka o ciemnej skórze. Trochę się wystraszyłam w kontekście informacji o uchodżcach ale myślę, że tak jak ja , tak i on już po minucie chcieliśmy o sobie zapomnieć. Jestem już dosyć zmęczona jak docieram do Krynoczki. I co widzę?

Malutką cerkiewkę i cudowne źródełko. Ponoć obmycie wodą z tego źródełka chorego miejsca na ciele i wytarcie chusteczką, a następnie pozostawienie chusteczki do tego używanej przy źródełku może cudownie uleczyć chorobę. Chusteczkę używaną do obmywania zostawia się na miejscu, żeby wraz z nią symbolicznie zostawić chorobę. No cóż Podlasie jest taką magiczną krainą, że jeżeli ktoś z ogromną wiarą czyni tak jak mówi legenda, mogą dziać się cudowne uzdrowienia. A, że ilość chusteczek pozostawionych na biegnącym tuz za żródełkiem płocie jest dosyć pokażna, magia tutaj i wiara ma dosyć dobre notowania. Całkiem zresztą możliwe, że woda z tego miejsca ma w swoim składzie jakieś elementy, które pomagają w leczeniu niektórych przypadłości.

Dzisiaj również w jednym z miejsc udało mi się spotkać z Szeptuchem. Szeptuchy to najczęściej kobiety w podeszłym wieku i wyznania prawosławnego. To osoby pobożne, empatyczne i spokojne, o zdolności łatwego przebaczania innym. Ludzie wierzą, że mają moc uzdrawiania. Najbardziej znane odchodzą ze świata żywych, ale ich miejsce zajmują krewni, coraz częściej dojrzali mężczyźni, którzy nieustannie zamawiają intencje. Popularność szeptunek i szeptunów nie maleje, a w odwiedziny do nich do przygranicznych podlaskich wsi wciąż licznie przyjeżdżają ludzie z całego świata.

Szeptucha to osoba, która w świadomości swojej i innych potrafi manipulować sakralną mocą. Wykonuje magiczne rytuały, które według niej i innych działają – głównie pomagają, ale pamiętajmy, że też mogą szkodzić, bo szeptucha może rzucić zły urok.

O spotkaniu z szeptuchą z Podlasia myślałam już od roku. Wtedy po raz pierwszy pojawił się plan zobaczenia Podlasia z pozycji siodełka rowerowego. Wówczas plan nie wypalił, dlatego teraz realizując plan zwiedzenia Podlasia chcę spotkać się z szeptuchą. Jadę do miejscowości Orla. W starym, małym parterowym domu z drewnianą elewacją wymalowana farbą olejną w ceglanym kolorze mieszka Anatol, siostrzeniec Wiery, która była znaną szeptuchą ( zmarła w 2018 r) Nieduże podwójne okna uszczelnione są watą. Pukam do drewnianych drzwi zamykanych na skobel. Mężczyzna po osiemdziesiątce otwiera chatę. Z chłodnej sieni do izby, gdzie się modli, prowadzą kolejne drzwi na skobel. Niskie pomieszczenie z ścianami oklejonymi starą, poobdzieraną tapetą. W prawym rogu stoi stara wersalka, przed nią regał. W lewym rogu wiszą ikony. W oczy rzucają się podoczepiane do ścian białe kwadratowe karteczki z intencjami ludzi. Przyjechali do Orli z całego świata: Niemcy, Litwa, Szwecja, Anglia, Hiszpania, czy USA. Pomiędzy nimi powtykane chyba wszystkie większe miasta Polski, z każdego województwa. Wiele jest też podlaskich miejscowości i wsi z najbliższej okolicy i prośby ludzi. Na niedużym stole pod oknem leżą kolejne kartki, ale już poukładane w wysokie stosy. Setki intencji ludzi, którzy dotarli z najdalszych zakątków kraju: o pracę, o męża, o wyleczenie raka, o zdrowie, o szczęśliwe zakończenie. Pomiędzy nimi pojemnik z ziarnami pszenicy, pudełko ze strzępkami włókien lnu, papierowy worek z solą, cienkie serwetki, długopisy, połamany nożyk, świeca z pszczelego wosku i zapalniczka do gazu. Czuję się jakbym cofnęła się do świata sprzed stuleci.

Siadam na drewnianym krześle przy niewielkim stole.

Zaczyna się magiczny rytuał

Szeptuch Anatol pyta gdzie mieszkam, jak mam na imię i za co będzie się modlić. Dopytuje o szczegóły schorzeń. Zapisuje wszystko na kartce. Zaczyna modlitwę. — Bożeńku dobry, Bożeńku dobry, pomóż, zabierz wszystkie choroby, problemy, nerwy. Zabierz złych ludzi, złe oczy, zabierz, zabierz. Daj miłość odwzajemnioną, Bożeńku daj. Bożeńku chroń, ty wszystkim pomagasz, miej zawsze w opiece Bogusię — powtarza wielokrotnie tę samą sekwencję. Jest bardzo skupiony. Zapala świecę, żegna się i modli się po białorusku. Wciąż z zamkniętymi oczami wraca do powtarzania pierwszej sekwencji po polsku. — Boże spraw! — wypowiada trzykrotnie, przechodzi na białoruską modlitwę, po czym ponownie wraca do intencji do Boga i w imię Trójcy Świętej znowu po polsku. Całą głowę zasłania białą wykrochmaloną chustą. Na chustę kładzie grubą bordową serwetę i nad nią spala kłak lnu. Nie przerywa modlitwy. Do ust daje jednorazowy mały, biały kubeczek z wodą. To święta woda z Krynoczki powiada . — Trochę wody do buzi, nie połyka. Ja powiem, kiedy połknąć — instruuje i wciąż zamawia intencje, by Bóg zabrał wszystkie choroby i problemy. Po kilku minutach zaleca połknąć wodę.

Z regału bierze herbatnik. Kładzie na serwetce. Nożykiem kruszy lewy dolny róg. Przed zachodem słońca poleca zjeść trzecią część ciastka i modlitwę trzy razy „Ojcze nasz” przed obrazem Jezusa, Maryi lub krzyżem. Z szafy wyjmuje obrazek Częstochowskiej Ikony Matki Boskiej. Wszystko trzy razy jako symbol Trójcy Świętej. Do tego wypowiadanie słów, jak w jego pierwszej sentencji. Zawiniętymi w kartkę ziarnami pszenicy zaleca symboliczne ściąganie i zrzucanie z całego ciała wszystkich chorób i problemów. Kolejne części ciastka trzeba zjeść następnego dnia po wschodzie i przed zachodem słońca. Pakunki z ziarnami po zakończeniu rytuału spuścić w toalecie lub wynieść z domu do śmietnika, albo najlepiej spalić.

Daje też garść soli. Zawija w serwetkę i poleca dosypywać do jedzenia, do cukiernicy, osobę uzdrawianą posypać po głowie, przed snem do buzi, pod poduszkę i potrójnie odmawiać modlitwy i prosić o boską pomoc, ochronę i opiekę. Sól można też rozsypać szczyptę w rogu pokoju, pod serwetę na stole, czy do potrawy dodać. Można się podzielić z innymi. Życzę zdrowia — mówi na odchodne. Gdy pytam ile płacę odpowiada: — Co łaska, a jak nie masz to nie musisz płacić. Pieniądze to nie wszystko. Pomóż, pomóż Bożeńku. Modły trwały pół godziny. Jeśli modlitwy nie pomogą, trzeba przyjechać kolejny raz, nie wcześniej niż „na dziewiąty dzień”. Najlepiej umawiać się telefonicznie. Tego popołudnia w sieni Szeptucha Anatola czekały jeszcze dwie osoby. Kobiety przyjechały z Warszawy z nadzieją na dobre modlitwy.

To był wyjątkowy dzień. Przejechałam około 125 km, spotkałam się z Szeptuchem i zobaczyłam tyle ciekawych i pięknych miejsc. Po dotarciu na Agroturystykę opowiadam mojej gospodyni Gieni o spotkaniu z Szeptuchem, ona była kiedyś u jego babki i chętnie wymieniłyśmy się wrażeniami. A Gienia częstuję mnie pysznymi plackami ziemniaczanymi ze śmietaną.

Dzień szósty

Jest coś takiego w Podlasiu, że budząc się tutaj rano w myślach moich pojawia się świat pełen obietnic. Miejsc obfitujących w kolorowe drewniane chaty wypełnionymi dobrodusznymi ludżmi, smakiem pysznych pierogów, dżwiękiem melodyjnej gwary i i odrobiny tajemniczości. W moim zabieganym świecie gdzie ranek często łączy się z nocą tutaj świat jakby się zatrzymał a czas nie ucieka tak szybko. Mam takie odczucie jakby przebiegała tu niewidzialna granica między nostalgią a dzisiejszym życiem pełnym ciągłych zadań i pośpiechu. Po przebudzeniu powoli jem śniadanie, piję kawę w łóżku i pakuję swój bagaż na rower. Czas jechać dalej. Jadę dzisiaj w stronę wsi Koryciski, gdzie stoi wybudowany w latach 1947-1948. wiatrak.

Wiatrak usytuowany jest na skraju zabudowań wsi Koryciski, na posesji Bazylego Iwacika. Mam szczęście spotykam właściciela tegoż wiatraka i oprowadza mnie po tej niesamowitej atrakcji. Czy byliście kiedyś w wiatraku? Okazuję się, że miejsce to cały czas działa i mielą tutaj nie tylko pszenicę czy żyto na mąkę ale i kaszę. Wnętrze wiatraka podzielone na parter i dwie kondygnacje. Na parterze znajduje się stolarnia. A na piętrze zachowało się kompletne wyposażenie młyńskie.

To wiatrak w typie holenderskim z przybudówką. Obrotowa czasza wyposażona w śmigła nakryta jest dachem dwuspadowym. Korpus ma przekrój ośmiokąta o boku 2 m. Na wysokości 3 m dookoła korpusu znajduje się pomost z barierką. Całkowita wysokość wiatraka wynosi 12 m. Obiekt drewniany, konstrukcji słupowo-ryglowej, oszalowany pionowo, pokryty gontem. Wiatrak został zbudowany przez ojca pana Bazylego, a on z pasją kontynuuję jego pracę. Opuszczając wieś Koryciski jadę trasą Green Velo w stronę Kleszczewa. To na mojej mapie kolejne miejsce, które chcę zobaczyć. Jadę przez tereny wiejskie, dłuższą drogą. Nie chcę tam dotrzeć drogą, którą jeżdzi mnóstwo aut. Zdaję sobie sprawę, że piękno Podlasia tkwi w tych malutkich wsiach wtulonych między łany kwitnącej faceli, łany zbóż czy urocze kapliczki przydrożne.

Pierwszym przystankiem w drodze do Kleszczewa jest MOR przy Zalewie Bachmaty. „MOR” to skrót od „Miejsce Odpoczynku Rowerzystów”, czyli miejsce wyposażone w udogodnienia dla rowerzystów.  Zalew Bachmaty to sztuczny akwen utworzony na rzece Orlance w pobliżu Dubicz Cerkiewnych. Zbiornik ma kształt „kiszki” o długości ponad 0,5 km, jego szerokość waha się w granicach 50 – 100 m. Dostęp do zbiornika jest bardzo łatwy. A drewniane pomosty, które szczególnie upatrzyły sobie wodne kaczki pozwalają odpocząć nad brzegiem wody.

Opuszczając zalew jadę przez tereny leśne. Droga mnie nie rozpieszcza. Czasami przez las mogę jechać drogą szutrową, ale ten odcinek nie należy do łatwych. Czuję się jak na pustyni, tylko cienia więcej, ale podłoże bardzo zbliżone. Na skraju maleńkiej, malowniczej wsi Werstok nabieram sił, gdy widzę wyłaniającą się niebieściutką cerkiew. Jest piękna. To cerkiew Podwyższenia Krzyża Pańskiego. Została wpisana do rejestru zabytków 22 grudnia 1986 r. Istniała ona już w XVII w. Początkowo była pod wezwaniem Zaśnięcia N.M.P. W 1769 r. zbudowano tu nową cerkiew, ufundowaną w 1768 przez J. Wilczewskiego (rotmistrza chorągwi Wielkiego Księstwa Litewskiego). Drewniana cerkiew powstała na planie kwadratu, ma konstrukcję zrębową. Można tu zobaczyć zabytkowe ikony z II połowy XVIII wieku. W parafii obchodzone jest uroczyście święto Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny (28 sierpnia) oraz Podwyższenia Krzyża Świętego (27 września). Werstocka cerkiew wpisana jest do rejestru zabytków.

W Kleszczelach zajeżdżam do sklepu. Kupuję dwie butelki wody, pierogi z serem, jogurt. Czytałam, że na campie gdzie chce spędzić dzisiejsza noc zakręcają wodę na noc i nie można z niej skorzystać. Wolę być przygotowana. Podjeżdżam pod cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny. Cerkiew jest murowana, otynkowana na biało i przyozdobiona niebieskim kolorem. Obecnie chyba w tracie remontu. Niestety tak jak większość cerkwi, ta również była zamknięta.

Słyszałam o jeszcze jednej pięknej budowli w tym niewielkim miasteczku, o Dworcu Kolejowym. Dworzec Kolejowy powstał w związku z budową magistrali kolejowej łączącej Brześć z Grajewem, którą otwarto w 1873 roku. Architektura budynku i detal ciesielski są przykładem rosyjskiego budownictwa kolejowego tego okresu podobnego do architektury z tzw. stylu szwajcarskiego. Budynek pełnił swoja funkcje do końca lat 90- tych XX wieku. Został wpisany do rejestru zabytków. Szkoda tylko, że nikt nie dba o ten zabytek, który niszczeje, zarasta i jest miejscem składowania śmieci.

Nad Zalewem Repczyce znajduję się camping, na którym postanawiam zostać na noc. Po niewielkiej opłacie ( 31 zł) mogę skorzystać z prądu i doładować telefon, wykąpać się pod prysznicem w cieplutkiej wodzie i na noc, (ponieważ panie pracujące tutaj idą do domu i zamykają budynek z łazienkami), mam zostawioną odkręconą wodę. Rozkładam namiot, odpoczywam na słońcu przy zalewie. Gotuję pierogi z serem na kolacje. Oj, jak pysznie smakuję taki posiłek. I nie wiem czy to zasługa pierogów, czy to może zasługa okoliczności, czy dlatego, że jestem głodna. A może to smak takiej wolności, nieograniczona miejscem i czasem.

Na noc zostaję sama. Po drugiej stronie zalewu w oddali jakieś światełko z małego letniskowego odbija się w tafli wody, słychać świerszcze i odgłosy dobiegające z daleka po chwili staja się dla mnie niesłyszalne. Udaję mi się zasnąć.

Dzień siódmy

Poranek nad wodą pod namiotem to dla mnie wyjątkowy czas, pełen spokoju i piękna. Budzę się w otoczeniu natury, z widokiem budzącego się dnia. Na horyzoncie widać osiadającą mgłę, dżwięk rozmawiających żurawi…

Przeciągam się leniwie i spoglądając tafle spokojnej wody zalewu, postanawiam się zanurzyć. Popływać. To idealne rozpoczęcie dnia. Woda ma idealną temperaturę. W sam raz by pobudzić a jednocześnie nie powoduje, że wyskakuję z niej jak przysłowiowy Filip z konopi tylko mogę popływać i cieszyć jak dziecko. Po kąpieli śniadanko w formie jogurtu z owockami a na deser pyszna kawa z widokiem na budzący się dzień. Cudowny to jest czas, nie zamieniłabym go na żaden nawet najlepszy hotel w mieście.

Pakuję się nieśpiesznie i ruszam w drogę na ostatni etap mojej drogi. Dzisiaj jadę do Bielska Podlaskiego, gdzie u znajomej mam zapewniony nocleg. Sprawdzam jakie atrakcję mogę zobaczyć po drodze i ruszam w drogę nie tracąc czasu. Jadę w kierunku wsi Dobrowoda. Mijam agroturystyczne gospodarstwa, wiejskie chaty i cerkiew św. Paraskiewy. Wjeżdżam na tereny Puszczy. Tutaj droga jest piaszczysta, dosyć mocno mnie zwalnia, czasami prowadzę rower, bo rower obciążony sakwami zapada się w piasku.

Kieruję się w kierunku wsi Saki. Mijam obszary leśne z smukłymi, gęsto rosnącymi sosnami pachnące mchem i igliwiem leśnym. Słońce przebija się przez korony drzew dając zapowiedz pogodnego dnia. Z Przewodnika dowiaduję się, że w Sakach znajduję się piękna cerkiew drewniana p.w. Św. Dymitra z końca XVIII w, rozbudowana w 1959 r.

Drewniana, konstrukcji zrębowej, szalowana, na planie wydłużonego prostokąta z pięciobocznie zamkniętym prezbiterium. Dwie zakrystie od wschodu i kruchta z gankiem od zachodu. Posiada dwa wejścia: główne od zachodu przez kruchtę i boczne przez aneks od północy. Podwalina najstarszej części świątyni ułożona jest na kamieniach. Stojąca oddzielnie dzwonnica konstrukcji słupowej na planie kwadratu została wybudowana w XIX wieku. Docieram do cerkwi w momencie zakończenia uroczystości mszalnej. Każdy parafianin niesie ze sobą i je kawałek chleba, kobiety z narzuconymi koronkowymi chustami na głowach, w długich spódnicach rozmawiają ze sobą podając sobie ręce na pożegnanie.

We wnętrzu cerkwi znajduje się ikonostas, a za nim w trójbocznym zamknięciu ołtarz z ikoną św. Dymitra. Ikony w ikonostasie rozmieszczone są według kanonu: czterech Ewangelistów (Carskie wrota), Ostatnia Wieczerza (w zwieńczeniu), Archidiakon Męczennik Stefan i Archidiakon Michał (Wrota Diakońskie), św.św. Piotr i Paweł nad nimi. W nawie na ścianach bocznych nowsze ikony św. Jana Chrzciciela i św. Proroka Eliasza.

Saki to dawna wieś bojarska powstała przypuszczalnie pod koniec XV wieku. Historia powstania Cerkwi we wsi Saki jest ściśle związana z cudowną ikoną św. Dymitra Sołuńskiego. Zgodnie z miejscowym ustnym przekazem pierwszą kapliczkę, a następnie cerkiew, postawiono w miejscu, w którym obudził się wraz z ikoną mieszkaniec jednej z pobliskich wsi, wcześniej wzięty do niewoli tureckiej. Cerkiew ta najprawdopodobniej w wyniku pożaru uległa całkowitemu zniszczeniu. Pierwsze udokumentowane wiadomości dotyczące istnienia cerkwi we wsi Saki pochodzą z końca XVI wieku. Według Klirovoj Vedomosti parafii z Dubicz w 1595 roku przeniesiono do Sak cerkiew ze wsi Dubicze. Również i ta cerkiew uległa pożarowi. Ikona św. Dymitra w cudowny sposób nie uległa zniszczeniu zarówno w pożarze pierwszej, jak i drugiej cerkwi. Na dziedzińcu przed cerkwią księża zajmują się sprzedażą swoich wyrobów. Są tam sery, pierogi. Potrawy wyglądają smacznie. Kupuję pierogi z serem aby zjeść je z Marysią, u której dzisiaj nocuje.

Pełna wdzięczności, że mogłam doświadczyć nowych niesamowicie wizualnie pięknych obrazów sakralnych prawosławnej cerkwi i z pierogami w sakwie jadę do Bielska Podlaskiego.

Bielsk Podlaski kojarzył mi się dotychczas z jednym miejscem. To w tym mieście w 1981 roku Jerzy Hoffman nakręcił sceny do filmu pt: „Znachor” W tym sklepie Marysia Wilczur grana przez Annę Dymną sprzedawała tytoń i inne produkty. Znany film z gry aktorskiej Jerzego Bińczyckiego jako prof. Rafał Wilczur. W rolę statystów wcielili się mieszkańcy Bielska, co było dla nich wielkim przeżyciem. Chociaż przez chwilę mogli zostać aktorami i to w filmie, który uznanie zdobył w wielu krajach świata. 

Barokowy ratusz, na rzucie prostokąta, murowany, z wieżą na której znajduje się zegar , zwień­czoną hełmem. Zbudowano go wg projektu arch. J. Sę­kowskiego w 1779 r. Obecnie mieści muzeum regionalne. 

Największą atrakcją turystyczną Bielska Podlaskiego są interesujące cerkwie prawosławne. Cerkiew św. Michała Archanioła znajduje się w centrum miasta, przy ulicy Adama Mickiewicza 36. Wzniesiona została przed 1789 r. w konstrukcji zrębowej, szalowana (z tego okresu pochodzi nawa na planie ośmioboku). W 1914 r. dobudowano kruchtę z dzwonnicą na planie kwadratu. Następnie w 1989 r. dobudowano część ołtarzową. Na tyłach cerkwi znajduje się baptysterium zaprojektowane przez Jerzego Nowosielskiego, natomiast na sąsiedniej posesji znajduje się dom parafialny wraz z domową kaplicą – baptysterium św. Jana Chrzciciela.

Cerkiew Narodzenia Najświętszej Maryi Panny to kolejny na mapie Bielska Podlaskiego obiekt sakralny. Cerkiew ta jest nazywana cerkwią zamkową, bowiem stała koło grodu bielskiego. Pierwsza cerkiew pod tym wezwaniem powstała tu już prawdopodobnie w XII wieku, kolejną cerkiew zamkową ufundowała w XV stuleciu księżna Wassa. Późniejsza świątynia posadowiona jeszcze niedaleko Góry Zamkowej, ale już bliżej Rynku, została zbudowana w XVI wieku, za sprawą króla Aleksandra Jagiellończyka. Wtedy też przeniesiono do niej ciało fundatorki poprzedniej cerkwi. Obecna cerkiew pochodzi z XVII stulecia. Jest to drewniana, zrębowa budowla trójnawowa, szalowana, na planie wydłużonego prostokąta. Wolnostojąca dzwonnica ma również konstrukcję zrębową. W cerkwi podziwiać można cudowną Bielską Ikonę Matki Bożej. Cerkiew Narodzenia NMP od 1951 roku pełni funkcję katedry.

Cerkiew i monaster św. Mikołaja Tą niewielką budowlę mijam przypadkowo. Nie można do niej podejść bo jest ogrodzona, ale robi wrażenie. Od średniowiecza, w sąsiedztwie bielskiego zamku i placu targowego znajdowała się cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy, a przy niej monaster męski. W 1825 r. władze cerkiewne przekształciły monaster w cerkiew parafialną. W okresie okupacji w roku 1941 r. lotnictwo niemieckie zbombardowało miasto, w czasie którego spłonęła doszczętnie cerkiew z dzwonnicą. W 1993 r. Bractwo Młodzieży Prawosławnej zainicjowało budowę w tym miejscu kaplicypomnika. Architektura kaplicy nawiązuje do XVIII-wiecznej dzwonnicy monasterskiej. W okresie wakacyjnym odprawiane są tu akatysty do św. Mikołaja.

Góra Zamkowa, zwana też Łysą Górką Bielsk powstał na niewielkim podwyższeniu w widłach rzek Biała i Lubka, obejmującym środkowy fragment obecnej ul. Zamkowej oraz przyległą do grodziska centralną część parku. Wykorzystanie Góry Zamkowej związane było z okresem panowania pruskiego (1795-1807), gdy wzniesiono tu prochownię, którą później wykorzystywał też stacjonujący w Bielsku pułk rosyjski. Po epidemii cholery w 1831 r. postawiono tu także krzyż upamiętniający jej ustanie. W latach 60. XIX wieku prochownia została rozebrana, a na majdanie dawnego grodu stanęła prawosławna kaplica Ścięcia Głowy Jana Chrzciciela (rozebrana w latach 30. XX wieku). Otoczone parkiem historyczne wzgórze, dzisiaj zachęca do spacerów i snucia refleksji o stojącym tu niegdyś warownym grodzie.

Cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny Cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny wzbogaca pejzaż miasta przy wjeździe od strony Narwi. Wewnątrz cerkwi znajduje się współczesny ikonostas oraz przepiękne freski pokrywające całość ścian i sklepienia.

Park Aleksandra Jagiellończyka Króla Polski – 29 sierpnia 2007 roku Rada Miasta terenom zielonym wokół Góry Zamkowej (6,16 ha) nadała nazwę Park Aleksandra Jagiellończyka Króla Polski. Park zawdzięcza swoją nazwę Aleksandrowi Jagiellończykowi (1461-1506), synowi króla Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki, który w 1495 roku nadał miastu Bielsk prawa magdeburskie.

Podlasie jest bardzo ciekawe tak pod względem krajobrazów jak też i ludzi. Tu mieszają się religie, obrzędy, zwyczaje i w pewien sposób także i język. Ale jeden wspólny mianownik dla tego to spokój i przyjazne nastawienie. Dzisiaj pomalutku żegnam się z pięknym regionem. To był niesamowity czas.

Nie nazwałabym tej podróży magiczną. Nazwę ją uziemiającą, ukorzeniającą. W najlepszych znaczeniach tych słów. Absolutnie niezwykłe doznania wzrokowe, słuchowe, smakowe. To tutaj poczułam prawdziwy zapach łąk, zobaczyłam najpiękniejszy kolor nieba, znalazłam zioła na łąkach, których nie znałam. Przede wszystkim zaś, spotkałam najpiękniejszych ludzi. Dobrych, spokojnych, uduchowionych, przyjaznych, po prostu pięknych.

Przez ostatni tydzień moim miejscem na ziemi był rower. Wszystko co niezbędne do życia mieściło się w dwóch sakwach. Dni są tak wspaniale proste dzięki temu. Strach zamieniłam na ekscytację i odkrywanie nowych miejsc, na rozmowy z ludżmi. Znajdywałam magię w zwykłych rzeczach. Wiecie jak smakuję zwykła bułka z serem? Kiedy doceniliście obecność ludzi po kilkudziesięciu kilometrach przez las? Ta rowerowa podróż przez Podlasie była o poznawaniu innego sposobu życia, o szukaniu noclegu w nietypowych miejscach, , o przezwyciężaniu bólu, o wkraczanie w nieznany, magiczny świat. Nie zamieniłabym tej wyprawy na żadną inną, prostszą, szybszą. Nie czujcie się nigdy gorzej, nie porównujcie do innych. Bądżcie sobą i róbcie wszystko po swojemu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *