
Islandia to największe marzenie każdego podróżnika. Wielokrotnie słyszałam opowieści o islandzkiej potędze natury, spektakularnych widokach, zjawiskowych trasach trekkingowych, słynnych gejzerach, gorących żródłach i wodospadach. Kraj nazywany jest krainą lodu i ognia, z tego powodu, że posiada wiele czynnych wulkanów oraz lodowców. Na Islandii można zobaczyć cuda natury, których nie doświadczymy w żadnym innym miejscu w Europie. Dzisiaj wyjazd na Islandię jest prostszy niż dotychczas bowiem Wizzair oferuje bezpośrednie połączenia lotnicze z Katowic i z Warszawy. Za niewielkie pieniądze można dolecieć do Reykjaviku w zaledwie 3 godziny. Niestety pobyt na tej pięknej wyspie nie należy do tanich, ponieważ ceny za jedzenie, noclegi przyprawiają o zawrót głowy i zniechęcają wielu. Chcę Wam pokazać jak przy dobrej organizacji można sobie z tym poradzić.
W tym wpisie postaram się nakreślić zarys podróży w formie planu, który będzie można wcielić w życie. Podzielę się ciekawymi atrakcjami oraz praktycznymi informacjami. Mój wpis będzie formą dziennika, tak by dzień po dniu pokazać Wam co i jak można w Islandii zobaczyć.
Dzień pierwszy
Po wylądowaniu w Keflaviku cofamy zegar o dwie godziny w stosunku do polskiego czasu. Odbiór walizki i już zmierzamy po nasz kampervan, który czeka na parkingu lotniska. Idąc przez Port lotniczy w Keflaviku zauważyłam, że jest to bardzo nowoczesne lotnisko. Ogromne i zaprojektowane w bardzo fajny, ułatwiający podróże sposób. Na samym lotnisku bardzo często słyszę język polski. Nie wśród turystów, a pracowników lotniska. Okazuję się, że największą mniejszością narodową na wyspie są właśnie Polacy. I już przez cały pobyt na Islandii co chwilę spotykam rodaków – w sklepach, na stacjach paliw czy w punktach gastronomicznych.
Wypożyczenie samochodu
Przed przylotem do Islandii wypożyczamy samochód. Ponieważ, chciemy uniknąć dużych opłat za noclegi, stawiamy na kampervana. Jest to samochód z opcja spania, gotowania i podróżowania, tzw dom na kółkach. Nasz jest z wyposażony w podstawowe zaopatrzenie kuchenne ( kuchenka gazowa, zlewozmywak, naczynia kuchenne). Jest też stolik i krzesełka do siedzenia na zewnątrz, kołdry, poduszki, pościel i oczywiście rozkładane łóżko. Generalnie ful pakiet. Jest to moim zdaniem najlepsza opcja na objechanie wyspy i zapewnienie sobie noclegu. Nie ukrywam, jest to również pewien rodzaj spełnionego mojego marzenia. Nocleg ze wschodem i zachodem słońca i jak się jeszcze okażę z zorzą polarną….Ale o tym za chwilę. Jeśli zdecydujecie się na pobyt tygodniowy i wypożyczenie najtańszego auta bez napędu 4×4 to najlepszą trasą dla Was będzie objazd wyspy dookoła drogą nr 1. Jest ona w całości asfaltowa i nie trzeba się obawiać o podwozie. Wjazd w interior czyli środek wyspy, wiąże się już z obowiązkiem wypożyczenia większego auta z napędem 4×4. Przed takimi drogami stoją nawet specjalne znaki. Oprócz drogi nr 1, większość z nich to raczej już drogi szutrowe. Nie na wszystkich obowiązuje zakaz wjazdu bez 4×4, jednak musicie na nich uważać, jechać naprawdę powoli by nie uszkodzić auta. Jest kilkanaście różnych wypożyczalni, więc jest z czego wybierać. Pozwólcie, że z pewnych względów nie będę polecała wypożyczalni z której skorzystaliśmy. Rekomenduję aby koniecznie wykupić również pełne ubezpieczenie przy wypożyczaniu. Jest to dodatkowy koszt, ale na Islandii pogoda jest tak zmienna, że lepiej się zabezpieczyć. Wiatr w niektórych miejscach jest tak silny, że może wyrwać drzwi od samochodu. Drogi bywają szutrowe i nawet niewielki kamyk może uszkodzić szybę i zepsuć najfajniejszy dzień. Pamiętaj również, aby zawsze szybko zamykać drzwi od pojazdu nawet jak wydaje Ci się, że pogoda jest dobra. Ja przy otwieraniu drzwi zostałam zaskoczona podmuchem tak dużym, że niewiele by brakowało, a auto byłoby pozbawione drzwi.
Stacje benzynowe
Poza większymi miejscowościami, w większości na trasie znajdują się stacje samoobsługowe. Na początku może wydawać się to trudne, ale wszystko działa intuicyjnie i można bez trudu sobie poradzić. Na większości płatność możliwa tylko kartą. Polecam kartę Revolut..
Gdzie spać – legalne noclegi
Spanie na dziko jest nielegalne, niezależnie od typu pojazdu.
Trzeba korzystać z wyznaczonych kempingów – jest ich wiele, są dobrze wyposażone.
Ceny: 70–150 zł/noc w zależności od kuchni, ciepłej wody, czy pralki i suszarki. Wszystkie kempingi da się w łatwy sposób wyszukać w internecie i zarezerwować nocleg. My rezerwowaliśmy każdy na miejscu, po dotarciu. Sposoby płatności są różne, z reguły płaciliśmy kartą , tylko raz właściciel preferował gotówkę, ale o tym przeczytaliśmy wczesniej, na stronie kempingu.
Koszt parkingów przy atrakcjach
Przy każdej atrakcji, którą odwiedzisz, będzie konieczność ich uiszczenia opłaty za parking. Pobór opłat jest troszkę inaczej rozwiązany niż u nas i nie znajdziesz tutaj osób sprawdzających, czy masz bilet, czy też klasycznego parkometru, gdzie wrzucasz pieniądze. Na Islandii kamera sczytuje rejestrację wjeżdżającego pojazdu, a naszym obowiązkiem jest zapłacenie za wjazd w aplikacji, gdzie podajemy swoje dane. By wejść do apki, skanujemy kod QR na tablicy z parkingu. Jeżeli odjedziemy bez płacenia, to informacja o konieczności zapłaty jest natychmiast wysyłana do firmy, z której wynajmujemy auto. Tam podczas zdawania kluczyków otrzymamy rachunek z doliczoną prowizją 200 koron. Koszt parkingów w zasadzie na wszystkich atrakcjach to około 1000 -1500 koron (czyli około 30 złotych).w zależności od rodzaju auta.
Internet na wyspie
Trzeba pamiętać, że z racji przynależności Islandii do Unii Europejskiej przysługuje Ci taki sam abonament telefoniczny jak w przypadku innych europejskich krajów.
Po zlokalizowaniu auta, dokładnym obejrzeniu i sfotografowaniu ruszamy w stronę Rejkiaviku. Do pokonania mamy 51 km. Wyjeżdżając z Keflaviku zaskakuję mnie to, że po drodze mijamy bardzo mało aut, a miejsca na długich odcinkach są zupełnie opustoszałe. Prawdopodobieństwo spotkania na trasie jakiegoś człowieka spada do zera. Zdaję sobie sprawę, że w tym kraju zobaczę góry, wulkany i pola lawowe,, ale nie sądziłam, że wyspa jest miejscami tak wyludniona. Dopiero po dotarciu do Rejkiaviku zagęszczenie w ludziach nieco się zwiększa. No cóż – jesteśmy w stolicy Islandii. Po dotarciu do stolicy parkujemy nieopodal słynnego kościoła i idziemy go zwiedzić. Kościół Hallgrimskirkja to najbardziej charakterystyczny obiekt na mapie Reykjavíku, którego absolutnie nie da się pominąć. Widoczny praktycznie z każdego miejsca w stolicy, mierzący 74 m wysokości i przyciągający tłumy turystów. Kościół został wzniesiony po ponad czterdziestu latach ciężkiej pracy, 26 października 1986 roku, na dzień przed 312 rocznicą śmierci słynnego islandzkiego duchownego i poety – Hallgrímura Péturssona, na którego cześć został nazwany. Elewacja kościoła zwraca uwagę niebywałą formą, nawiązującą do islandzkiej geologii. Właściwie muszę tutaj zaznaczyć, że zewnętrzny wygląd kościoła przypomina słupy bazaltowe, których na Islandii jest niemało – przykładem mogą być te, które znajdują się na plaży Reynisfjara.lub w Canionie Studlagil. Architekt kościoła – Guðjón Samuelsson, próbował nadać mu kształt zgodny z krajobrazem Islandii, przybliżyć architekturę do natury. Wg niego, kościół miał nawiązywać formą do szczytu wulkanu, po którego zboczach spłynęła lawa i zastygła w postaci bazaltowych skał. Chociaż spotkałam się z różną interpretacją tego kształtu kościoła. Jedni w bryle kościoła widzą startującą rakietę, jeszcze inni widzą w nim wielkiego ptaka. No cóż, każdy ma prawo do własnej interpretacji. Przed kościołem stoi pomnik Leifa Erikssona, który według Islandczyków po raz pierwszy dotarł do wybrzeży nowego świata w 1000 r. n.e., czyli 500 lat przed Krzysztofem Kolumbem. Imię tego podróżnika nosi również międzynarodowe lotnisko w Keflavik.

Kolejno swoje kroki kierujemy na popularną wśród turystów ulicę – Laugavegur. To najstarsza i główna ulica handlowa w centrum stolicy. Znana jest z butików, kawiarni , restauracji i galerii sztuki. Jej nazwa oznacza „drogę prania”, ponieważ historycznie prowadziła do gorących źródeł, gdzie kobiety znosiły pranie do prania. Tutaj po raz pierwszy mamy do czynienia z zaskakującymi cenami w Islandii. Kupujemy dwie drożdżówki za cenę 100 zł. Opuszczamy więc szybko miasto odwiedzając jeszcze jedną, tym razem barwną ulicę miasta. Kolorowa ulica w Reykjaviku to również popularna ulica w mieście. Została pomalowana w kolorowe pasy w związku z Gay Pride ( parada równości) Ulica Skólavörðustígur, bo o niej mowa, znajduje się w centrum Reykjaviku. Charakteryzuje się kolorowymi pasami i typową islandzką zabudową. Jest częściowo zamknięta dla ruchu kołowego. Przyjemnie można pospacerować podziwiając architekturę mieszkalną miasta.

Sklepy spożywcze
Sklepy, zwłaszcza te duże, są czynne najczęściej w godzinach 10:00- 19:00, warto o tym nie zapominać. Naszą polską Biedronką jest tutaj sieć sklepów Bonus, z charakterystyczną świnką na logo Zdecydowanie najtaniej a wybór jest bardzo duży. Drugim również tanim sklepem jest Netto. Tutaj godziny bywają różne od godziny 09:00 lub 10:00- 19;00 lub 21:00 w zależności od lokalizacji. Sklep też dobrze zaopatrzony.

Wyjeżdżając z Rejkiaviku kierujemy się na drogę nr 1. Wyspę otacza droga nr 1 i to nią w większości się poruszamy. Ma ona długość 1332 km. Jednak podczas dojazdów do poszczególnych atrakcji zjeżdżamy również w boczne odnogi. Pierwszym docelowym miejsce zaledwie 45 minut drogi od Rejkiaviku jest Thingvellir National Park. To historyczne miejsce wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jest kolebką islandzkiej kultury, demokracji i geologii . Thingvellir, co oznacza „Równinę Parlamentarną”, to miejsce, gdzie w 930 r. n.e. powstał islandzki Alþingi, najstarszy istniejący parlament na świecie . Thingvellir jest również cudem geologicznym. Zastanówmy się czy jest takie miejsce na ziemi gdzie można stanąć jedną nogą w Ameryce Północnej, a drugą w Europie? Mogliśmy to zrobić w Thingvellir. To nie jest typowy park – to miejsce, gdzie ziemia rozstępuje się tuż przed nami, super czysta woda wypełnia szczeliny między kontynentami, a my możemy spacerować po miejscu, gdzie Wikingowie ustanowili najstarszy na świecie parlament ponad 1000 lat temu. Thingvellir łączy niesamowite naturalne krajobrazy z ciekawą historią w sposób, którego nie znajdziemy nigdzie indziej. Położony jest w dolinie ryftowej, gdzie płyty tektoniczne północnoamerykańska i euroazjatycka spotykają się i powoli oddalają od siebie.



W Islandii trudno o miejsce, które nie oferuje pięknych widoków. Jadąc naszym kampervanem z zachwytem obserwowałam zapierający dech w piersiach krajobraz – od wzgórz i klifów, przez teren wulkaniczny, po wodospady. Nigdy tego nie zapomnę. Na szlaku z Thingvellir Narodowego Parku droga prowadziła nas przez kilkadziesiąt kilometrów po rozległych obszarach pokrytych zastygłą lawą wulkaniczną, z odległymi połaciami zielonych od mchów polami, aż po wzgórza wyłaniające się z oddali. Krajobraz tak różnorodny i piękny. Przyroda zaskoczyła mnie swoją dzikością i nieprzewidywalnością, a uwiecznianie jej na kadrach to była sama radość. Kilometrami ciągnące się pola pyłu wulkanicznego. Z jednej strony ten krajobraz jest przygnębiający swoją martwotą, z drugiej strony można w nim doszukać się piękna. Linie ciemniejszych miejsc układały się we wzory a co kilkadziesiąt metrów można było znaleźć przebijające się rośliny. .Ależ to jest uczta dla oczu.



W takim zachwycie dojeżdżamy do wodospadu Gullfoss. To najczęściej opisywany i najbardziej znany islandzki wodospad o wysokości zaledwie 32-metry. Nazwa – „Złoty” pochodzi z pierwszej powtarzanej teorii czyli od często widocznej tu podwójnej tęczy. Druga historia, legenda głosi, że mieszkał nieopodal rolnik o imieniu Gygur. Gygur miał mnóstwo złota. Niestety jego chciwość nie pozwoliła mu znieść myśli, że po śmierci przejdzie ono w ręce kogo innego. Aby temu zapobiec, umieścił złoto w kuferku i wrzucił je do wodospadu, który od tamtej pory nosi właśnie nazwę Gullfoss… Wodospad znajduje się w kanionie rzeki Hvítá w południowo-zachodniej Islandii i jest częścią cieszącej się ogromną popularnością trasy Złotego Kręgu (Golden Circle). Składa się z dwóch odrębnych stopni. Pierwszy, krótszy ma 11 metrów, a drugi – 21 metrów. Idąc ścieżką wzdłuż wodospadu, już po chwili byliśmy porządnie zmoczeni. Jak się dowiedzieliśmy, co sekundę spada z niego około 140 metrów sześciennych wody! Wodę rozbryzgniętą na dnie wodospadu wiatr często niesie właśnie wprost na ścieżkę. Na początku XX wieku brytyjska spółka energetyczna chciała wybudować tu hydroelektrownię. Rząd Islandii wyraził zgodę, jednak Sigir∂ur Tomasdottir – córka dzierżawcy terenu, na którym miałaby stanąć elektrownia, zagroziła, że jeśli jej ojciec przyjmie pieniądze od Anglików, to ona rzuci się do wodospadu. Sigir∂ur zmobilizowała też opinię publiczną i udało się ocalić Gullfoss. Wodospad trzeba zobaczyć, usłyszeć i poczuć!





Opuszczamy wodospad i jedziemy w region gejzerów Haukadalur ze słynnym Geysir, od którego pochodzi nazwa „gejzer”, czyli wystrzeliwujące nawet na kilkadziesiąt metrów w górę słupy wrzącej wody i pary, podgrzane przez magmę zalegającą kilka km pod powierzchnią ziemi. Geysir wybucha bardzo rzadko i nieregularnie, więc chociaż jego erupcje są znacznie większe, to „show kradnie” Strokkur, który znajduję się nieopodal i również wybucha całkiem wysoko, ale robi to bardzo regularnie i często. Zwykle co 8 do 10 minut. Podczas krótkiej wizyty można tu więc zobaczyć kilka jego erupcji. Warto poczekać chwilę na ten największy:) My czekamy oglądamy wiele wybuchów z bliska, daleka, z góry, z bliska – trudno odejść:) Nie wolno tu jednak zbaczać z pieszych szlaków między błotnymi kotłami.


Na koniec długiego dnia, bo wstaliśmy o 03:00 by dotrzeć z Katowic do Ketlaviku jedziemy na kemping, na którym jako jedyni turyści spędzamy noc. Po kolacji i szybkim, bo oddalonym prysznicu kładziemy się spać w naszym kampervanie. W nocy po raz pierwszy w życiu wychodząc do toalety zobaczyłam zorzę polarną. To była pierwsza noc w moim życiu, w której zatańczyło niebo.



Nie wiem, czy istnieją słowa, które naprawdę potrafią opisać to, co czułam, kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam. Stałam na islandzkim pustkowiu, w ciszy tak głębokiej, że słyszałam własne myśli. Nagle niebo zaczęło się poruszać — jakby ktoś rozlał po nim zielone światło, a potem dodał odrobinę fioletu i różu, jak w akwareli, którą maluje sam wiatr. Stałam jak zahipnotyzowana. Nie potrafiłam oderwać wzroku, nie chciałam nawet mrugać, żeby niczego nie stracić. Czułam, jak coś we mnie mięknie, jakbym na moment zapomniała o wszystkim, co ziemskie. Było zimno, lodowaty wiatr szczypał mnie w policzki, ale ja się śmiałam — z zachwytu, z wdzięczności, z czystej radości, że tam jestem. Wtedy pomyślałam, że może właśnie po to podróżuję. Żeby znajdować takie chwile, w których czuję się częścią czegoś większego. Gdzieś pomiędzy ziemią, niebem i światłem tańczącym w ciszy północy — tam była Lusia z plecakiem i sercem pełnym światła. To było niesamowite zjawisko, kolorowe zielono niebieskie smugi rozświetlające i tańczące na niebie. Wtedy wiedziałam, że ten wyjazd będzie niesamowity.
Dzień drugi
Kolejny dzień. Budzik? A po co mi budzik, skoro pierwszy promień słońca bezczelnie pcha się przez zasłonkę, trafiając mnie prosto w oko. Otwieram jedno, potem drugie — powoli, ostrożnie, jakby były z delikatnego szkła po wczorajszym nocnym spektaklu zorzy. W kamperze panuje ten szczególny chłód, który nie jest ani niemiły, ani przyjemny — jest po prostu zaproszeniem, żeby jeszcze przez chwilę zostać w śpiworze. Ale ciekawość zawsze wygrywa.


Podnoszę się, splątane włosy sterczą w każdą stronę, a ja wyglądam jak królowa chaosu. Pierwsze, co słyszę, to cisza — taka, której w domu nigdy nie ma. Wyciągam rękę, żeby uchylić boczne drzwi. Zimne powietrze wdziera się do środka, ale wraz z nim wchodzi zapach natury — pachnie mokrą trawą, zimnym wiatrem, czasem mchem… jakby cały świat chciał mi powiedzieć: „Hej, wstawaj, bo znowu coś przegapisz.” Stawiam bose stopy na podłodze kampera, która wydaje się lodowata jak skandynawski fiord, ale szybko się rozgrzewa, gdy zaczynam moje poranne rytuały: Najpierw kubek — mój podróżniczy talizman. Potem kawa. Zaparzona na małym palniku smakuje inaczej niż w domu. Bardziej zasłużenie. Kiedy unoszą się pierwsze aromaty, wychylam się na zewnątrz i patrzę na świat, który dopiero się budzi. Jestem tylko ja i zupełnie pusty horyzont, który przypomina, że oto jest kolejny dzień wolności — mój własny, nieprzewidywalny, pachnący przygodą. I tak zaczyna się poranek Lusi w podróży: spokojnie, prosto, ale z sercem, które od pierwszej chwili bije szybciej, bo przecież nigdy nie wiadomo, co dziś czeka za kolejnym zakrętem drogi. Po chwili na patelni skwierczą jajka i po śniadaniu jedziemy zobaczyć krater wulkanu Kerid.
Kerid to krater wulkaniczny o głębokości 55 m, mający około 3000 lat. Jest to wyjątkowe miejsce wśród kraterowych jezior, ponieważ jego kaldera najprawdopodobniej nie powstała z wielkiej eksplozji. Uważa się, że wulkan Kerid uformował się, gdy magma w jego wnętrzu po prostu się wyczerpała, a pusta kaldera zapadła się. Bez względu na geologiczną historię jeziora, jego szafirowy kolor wody, wygląda nieziemsko. Kerid ma owalną budowę 270m x 170 m i przypomina trochę amfiteatr. Kerid to krater o niemal idealnie okrągłym kształcie, otoczony stromymi ścianami wulkanicznymi. Jego imponujące wymiary sprawiają, że jest łatwo rozpoznawalny z daleka. Ściany krateru są zbudowane z różnobarwnych skał wulkanicznych, które zmieniają kolor w zależności od kąta padania światła. Do krawędzi krateru dochodzimy bezpieczną, oznakowaną ścieżką. Okrążamy go, a następnie schodzimy w dół i podziwiamy piękno nieskazitelnie czystej wody w jeziorze.



Opuszczając to miejsce jedziemy w stronę wodospadu Seljalandsfoss, który widać już z głównej drogi numer 1 i nie sposób go pominąć i nie zauważyć. Jego charakterystyczną cechą jest to, że można go obejść dookoła, a przejście między skałą a słupem wody pozwala obejrzeć go “od tyłu”. Choć kaskada nie jest szczególnie szeroka, to wysokość wodospadu to aż około 60m. Widok tego wodospadu jest naprawdę niezwykły i nie bez powodu stał się ulubionym obiektem do fotografowania wszystkich turystów. Idąc tutaj zostaliśmy nie żle zmoczeni mocną bryzą, a nawet dosyć mocnym strumieniem wody. Mieliśmy kurtki wodoodporne, które tutaj są koniecznością.


Po obejściu wodospadu idziemy dalej ścieżką wzdłuż klifów, a po jakichś 500 metrach dochodzimy do kolejnego wodospadu! Wodospad Gljúfrabúi jest ukryty między skałami i należy do jednych z najciekawiej położonych wodospadów jakie widziałam! Ukryty cud natury. Powiedzieć, że jest piękny i tajemniczy to jakby nic nie powiedzieć. Wodospad spada z zielonych wzgórz do półotwartej jaskini, a wrażenie potęguje światło słoneczne, które wpada przez przestrzeń w kształcie gwiazdy i rozjaśnia od góry tę ciemną przestrzeń. Aby go zobaczyć, trzeba przejść przez skalną szczelinę, przez którą płynie strumyk. W zależności od poziomu poziom trudności może być różny. Ale warto nawet gdy zmoczymy buty.


Butów nie zmoczyliśmy odwiedzając wodospad ale docieramy do wyjątkowego miejsca, gdzie zanurzamy się w jednym z najstarszym geotermalnym basenie. Zakładamy kostiumy kąpielowe i odkrywamy zanurzając się w ciepłe objęcia basenu Seljavallalaug! A czym jest Seljavallalaug i dlaczego warto go odwiedzić? Jadąc tutaj wiedziałam, że Seljavallalaug to jeden z najstarszych basenów w Islandii. Tutaj zanurzając się w tych gorących żródłach, otoczonych zapierającymi dech w piersiach górami wraz z kojącymi odgłosami natury można się zrelaksować jednocześnie zanurzyć się w surowym klimacie Islandii. To nie byle jakie gorące źródło; to kawałek islandzkiego raju! To idealne połączenie relaksu, malowniczego piękna i odrobiny historii. To doświadczenie, które jednocześnie odmładza i głęboko łączy z duchem tej dzikiej krainy.




Ale to nie koniec atrakcji w dniu dzisiejszym, mimo, że obiecaliśmy sobie zwolnić, nie gonić, to tutaj brakło nam dyscypliny. Piękno Islandii nie pozwala usiedzieć. W związku z tym jedziemy dalej, do kolejnego wodospadu tym razem jest to wodospad Skogafoss. To dość charakterystyczny, popularny i stosunkowo łatwo dostępny wodospad. Jest on szeroki na 25 i wysoki na 60 metrów, co czyni go jednym z najwyższych na całej wyspie. Przy odpowiedniej pogodzie często można zaobserwować tęczę i my również doświadczyliśmy tego zjawiska. Wodospad można zobaczyć z przodu, a ponieważ woda jest płytka, więc sporo ludzi podchodzi pod taflę spadającej wody. Można również wodospad zobaczyć z góry. Wpierw trzeba wejść po schodach ale warto, bo stamtąd z platformy widokowej rozpościera się widok na okolicę i przede wszystkim rzekę Skóga. W pobliżu wodospadu znajduje się darmowy parking oraz płatne toalety. Nieopodal znajdziemy także camping, kawiarnię, mały sklepik.


Okazuję się, że drogi jakimi jedziemy przez Islandię prowadzą nas przez świat jaki nawet nie byłam sobie w stanie wyobrażić. To tak jak podróż na inną planetę. Ta różnorodność form krajobrazu, które wyłaniają się zza kolejnego zakrętu powodują, że w moim telefonie mam już tysiące zdjęć a jestem tutaj dopiero drugi dzień.

Aby dotrzeć do kolejnego urokliwego miejsca, jakby było ich mało po drodze jedziemy na niewielką część półwyspu Dyrhólaey, który jest najdalej na południe wysuniętą częścią Islandii. Leży na nim także znana czarna plaża – Kirkjufjara. Półwysep Dyrholaey to przylądek o wysokości 120 metrów, Jedną z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji tego terenu jest masywny łuk skalny, znajdujący się w najdalej na południe wysuniętej części półwyspu. Nazwa półwyspu bezpośrednio nawiązuje do tego ogromnego łuku, a oznacza „Door Hill Island” ( dosł, wzgórze drzwiowe) Ten naturalny element jest tak ogromny i imponujący, że w 1993 roku pewien śmiałek pilot przeleciał przez niego. Łodzie mogą z łatwością przepływać przez jego otwór.


Półwysep Dyrholaey to jedno z najlepszych miejsc do oglądania maskonurów na Islandii, które można tu spotkać od kwietnia do września. Z miejsca na szczycie półwyspu Dyrholaey podziwiamy oszałamiające widoki na czarne, piaszczyste plaże Islandii. Dopełniają je lśniące fale Atlantyku z jednej strony i odległe górskie krajobrazy z drugiej. Najbardziej charakterystycznym odcinkiem wybrzeża jest tu czarna plaża Reynisfjara , słynąca z niesamowitej geologii, z wystającymi w morze skałami Reynisdrangar.
Na koniec dnia odwiedzamy taką wisienkę na torcie, chociaż powinnam powiedzieć wisienkę na makowcu, tak, tak, bo miejsce do którego docieramy pokryte jest piaskiem wyglądającym jak rozsypany mak z bazaltowymi skałami poukładanymi równiutko w słupki. Tym miejscem jest plaża Reynisfjara. To słynna na całym świecie plaża z czarnym piaskiem, położona na południowym wybrzeżu Islandii, z bazaltowymi kolumnami i majestatycznymi skałami Reynisdrangar. Znajduje się obok Vik i Myrdal, najdalej na południe wysuniętej wioski na stałym lądzie Islandii. Piasek na Reynisfjarze jest czarny ze względu na swoje wulkaniczne pochodzenie. Powstał z zastygłej lawy, która spływała do oceanu podczas erupcji, a jej fragmenty zostały z czasem rozbite przez potężne fale, tworząc charakterystyczną czarną plażę, którą widzimy dzisiaj. Plaża przyciąga mnóstwo turystów, każdy szuka najlepszego miejsca do zrobienia zdjęcia, czasami nie zważając na zagrożenie ze strony silnych, zaskakująco dużych fal, które mogą zabrać w swoją otchłań. Sama zmoczyłam buty, gdy niespodziewana fala pojawiła się w trakcie robienia kolejnych zdjęć. Brzegi plaży zdobią klify z bazaltowych kolumn, a w pobliskich wodach widoczne są duże formacje skalne (naturalnie wg legend to zamienione w skałę trolle).




Po dniu pełnym wrażeń jedziemy do malutkiego miasteczka Vik. na kemping. Tutaj w nocy nie żle buja naszym kampervanem. Deszcz i mocny wiatr budzi nas również rano. No cóż pogoda na Islandii jest bardzo zmienna u nieprzewidywalna, co oznacza, że w ciągu jednego dnia można doświadczyć słońca, deszczu lub nawet śniegu. Jest to wynik położenia geograficznego wyspy, która znajduje się na granicy klimatu polarnego, a jej brzegom wiatr przynosi zarówno mroźne, jak i łagodzące prądy morskie. Taka zmienność sprawia, że musimy być przygotowani na różne warunki pogodowe przez ten nasz cały pobyt tutaj.
Dzień trzeci
Te warunki nie zatrzymują nas w miejscu i już kolejnego dnia po śniadaniu jedziemy dalej. Mijamy pole lawy Skafta-Fires (Skaftáreldahraun)., które swoją rozległością towarzyszy nam przez dłuższy odcinek drogi. Pola lawowe Skafta-Fires powstały w konsekwencji jednego z dwóch największych strumieni lawy, które miały miejsce na Ziemi w odtworzonej historii. Strumień lawy, wypłynął ze szczeliny, znajdującej się obecnie na terenie Geoparku Katla. Podczas erupcji, która trwała ponad osiem miesięcy, na powierzchnię ziemi wypłynęło 12 km3 bazaltowej lawy, która pokryła ponad 560 km2 lądu. Jadąc drogą widzimy niekończący się krajobraz potężnych połaci czarnej i kanciastej lawy, która na przestrzeni ponad dwustu lat zdążyła zostać porośnięta zielonym mchem, i robi naprawdę duże wrażenie a w deszczu nabiera intensywnych niebiesko zielonych kolorów. W tych pięknych okolicznościach pomimo deszczu, docieramy do kanionu Fjaðrárgljúfur często szukanego przez turystów pod nazwą kanion Justina Biebera.



Fjaðrárgljúfur to zachwycający cud natury w południowej Islandii , rozciągający się na 2 km długości i 100 metrów głębokości. Jego bajkowy wygląd, z krętymi ścianami, nieregularnymi głazami i kępami miękkiego mchu, nadaje mu nieziemski klimat. Nic dziwnego, że wiele scen ze światowej sławy serialu „ Gra o tron” zostało nakręconych w Fjaðrárgljúfur. Ukochana saga to nie jedyna atrakcja tego magicznego miejsca. Prawie wszystkie teledyski Justina Biebera, w tym do „I’ll Show You”, zostały nakręcone w Fjaðrárgljúfur, uwieczniając jego bujną, zieloną roślinność w miesiącach letnich. Początki tego zachwycającego kanionu sięgają epoki lodowcowej i powstały w wyniku erozji spowodowanej przez lodowce, które przebijały się przez skały. Obecnie przepływa przez niego rzeka Fjaðrá, a prowadzi przez nią fantastyczny, 3-kilometrowy szlak w obie strony , który zaprowadzi Cię do wszystkich punktów widokowych.
Na granicy południowej i wschodniej części Islandii znajduję się Rezerwat Skaftafell, który jest jedną z głównych atrakcji znajdujących się przy drodze nr 1. W rezerwacie jest kilka pieszych ścieżek, a najchętniej uczęszczaną jest ta, która prowadzi do wodospadu Svartifoss, którego wody spływają po czarnych słupach bazaltowych. Aby dotrzeć do imponująco wyglądającego wodospadu Svartifoss udajemy się na dwukilometrową wędrówkę, która zajmuje nam około 45 minut. Spacer ten nie jest trudny i przez cały czas prowadzi tylko lekko pod górę, częściowo bardzo wygodnym, bo podgumowanym podłożem. Idziemy przez wyjątkowo urokliwy i mocno kontrastujący z otoczeniem teren. Szlak wiedzie przez niski, brzozowy las, który jesienią (w porze roku, w której idziemy na ten wodospad) zaczyna nabierać ciemnozielonych, żółtych i pomarańczowych kolorów. Po drodze mijamy mniejszy wodospad Hundafoss, który usytuowany jest przy szlaku. Znajduje się przy nim niewielka platforma widokowa oraz schodki, gdzie można zrobić sobie przerwę. Po chwili docieramy do wodospadu Svartifoss, który mierzy 20 m, a jego cechą charakterystyczną są otaczające go sześciokątne słupy bazaltowe, które wskazują na kierunek, w którym lawa postępowała. Patrząc na niego można odnieść wrażenie jakby spływał z gigantycznych organów, które wydają dźwięki przy każdej spadającej kropli. Część z nich leży także rozbita u jego podstawy. Takie bazaltowe kolumny występują dość powszechnie na Islandii i są inspiracją dla wielu artystów i architektów. Najsłynniejszym przykładem tej inspiracji jest kościół Hallgrímskirkja, największy kościoła w Reykjaviku odwołujący się w swojej architekturze do bazaltowych słupów. a charakterystycznym dla niego elementem są pionowe słupy bazaltowe.


W drodze na kemping z daleka zauważamy po raz pierwszy część lodowca. Jest to Skaftafellsjökull: Jęzor lodowca, który spływa na teren parku narodowego Vatnajökull National Park, jednego z największych parków narodowych w Europie. Ponieważ dzień się już pomału kończy podjeżdżamy tylko na chwilę w pobliże tego jęzora lodowca, licząc, że już kolejnego dnia będziemy mogli zobaczyć część lodowca w zatoce lodowej.


W nocy na kempingu Islandia uchyliła nam przed sobą kawałek nieba malując przed nami tańczącą zorzę polarną, pełną barwnych zielono- fioletowych odcieni.


Dzień czwarty
Kolejny dzień przywitał nas słonecznym porankiem. Islandia jest pełna genialnych punktów widokowych i miejsc przyciągających fotografów krajobrazu. Ale na ten dzień, na tą atrakcję czekałam najbardziej. Rano po śniadaniu odwiedzamy lagunę Jökulsárlón. To zachwycająca laguna lodowcowa położona na Islandii, znana z zapierającego dech w piersiach piękna i wyjątkowego otoczenia.
Laguna Jökulsárlón jest najgłębszym jeziorem w kraju, o maksymalnej głębokości 248 metrów i powierzchni 18 km². Jej wody wypełnione są górami lodowymi sprzed ponad 1000 lat, które oderwały się od Vatnajökull, największego lodowca Islandii. Smutną rzeczywistością jest to, że zmiany klimatu i wynikające z nich topnienie lodowca sprawiają, że laguna staje się coraz większa i bardziej spektakularna, z kolejnymi górami lodowymi w zasięgu wzroku. Bardzo chcieliśmy skorzystać z atrakcji i popływać amfibią po jeziorze. To doświadczenie było niezapomnianym przeżyciem. Pływanie wśród majestatycznych gór lodowych było dla mnie czymś niezwykłym. Z brzegu dryfujący lód po jeziorze wydawał się niewielkimi kawałkami lodowca które oderwały się od niego. Po podpłynięciu bliżej okazało się, że niewielkie kawałki mają rozmiar ogromnej lodowej góry, które prezentowały się imponująco.






Patrzyłam na nie pełna podziwu. Czułam się w tej amfibii jak dryfująca drobinka w łupince od orzecha. Niebywałe, jak natura potrafi stworzyć cuda, które staja się tak majestatyczne. Pływaliśmy między nimi, a one czasem zasłaniały mi niemal cały obraz. Wiem, że rozmiar takiej góry lodowej może być jeszcze bardziej ogromny, ponieważ to co widzimy na powierzchni to tylko wierzchołek góry lodowej a pod powierzchnia znajduję się 90 % masy góry lodowej. Ten stosunek wynika z faktu, że lód ma mniejszą gęstość niż woda morska, co powoduje, że większość objętości góry lodowej pozostaje zanurzona. Góry lodowe rodzą się… na lądzie. Większość z nich powstaje, gdy kawałki lodowców odłamują się i spływają do oceanu – to zjawisko nazywa się cieleniem. Niektóre góry lodowe wydają dźwięki – trzeszczą, jęczą, a czasem nawet… eksplodują przez ciśnienie uwięzionego powietrza. Są niebezpieczne dla żeglugi (Titanic ), ale zawierają najczystszą wodę pitną na Ziemi – niektóre kraje już testują ich holowanie. Góry lodowe to coś więcej niż zimne bryły pływające po oceanie – to niezwykłe zjawiska natury, które pokazują, jak potężna i piękna jest nasza planeta. A Ty – widziałaś/eś kiedyś górę lodową na żywo? Marzysz, by ją zobaczyć? Daj znać w komentarzu:)
Przy przy lagunie lodowcowej Jökulsárlón, tuż po drugiej stronie plaży znajduję się Plaża Diamond Beach znana z swego surrealistycznego piękna. To zapierający dech w piersiach cud, gdzie lśniące góry lodowe spotykają się z czarnym wulkanicznym piaskiem. Plaża Diamentowa zawdzięcza swoją nazwę lśniącym bryłom lodu, które wyrzucane są na brzeg po oderwaniu się od pobliskiej laguny lodowcowej Jökulsárlón. Te góry lodowe, ukształtowane i wypolerowane przez naturę, tworzą olśniewający kontrast z ciemnym piaskiem, oferując idealne tło dla miłośników fotografii i natury. Naprawdę nie ma drugiego takiego miejsca na świecie. Diamenty na Diamentowej Plaży są bardzo delikatne. Wystarczy kilka promieni słońca by zniknęły tak szybko jak się pojawiły. W tym jednak tkwi cała ich uroda. Spacerując po plaży podziwiamy lodowe mniejsze lub większe kawałki lodu, które skrzą się na czarnym piasku plaży. Te małe jasne diamenciki nadają charakteru tej czarnej wulkanicznej plaży tworząc niebywałe połączenie, które zachwyca swoją prostotą i delikatnością, kruchą jak sam lód.





Z laguny ruszyliśmy już bezpośrednio w kierunku naszego następnego noclegu do Egilsstadir . Przed nami 250 km. Mimo długiego odcinka drogi i zmęczenia jesteśmy zauroczeni podróżą, ponieważ stwierdzamy po raz kolejny, że droga na Islandii jest fascynująca. Krajobraz fiordów wschodnich w promieniach obniżającego się słońca wyglądają fantastycznie. Po dotarciu na kemping zorza polarna przygotowała dla nas swój piękny spektakl barw i wirujących obrazów.


Dzień piąty
Po długiej i pełnej wrażeń podróży z południowego zachodu na wschód, dotarliśmy na fiordy wschodnie na Islandii. Sama droga tutaj była przygodą, bo jechaliśmy większą część trasy po zmroku i musieliśmy bacznie wytężać wzrok by bezpiecznie dojechać. Mimo póżnej pory dotarcia na kemping wstajemy rano i szykujemy śniadanie. Muszę dodać, że w nocy towarzyszy nam zorza polarna, która już wpisuję się w nasz codzienny dziennik podróży. Nie odpoczywamy zbyt długo, bo Islandia przyciąga swoją wyjątkową i piękną naturą. Po śniadaniu ruszamy więc na zwiedzanie okolicy.

Jesień na Islandii okazała się dla nas łaskawa. Ciepło i słonecznie. Warunki wręcz wymarzone na zwiedzanie tego rejonu wyspy. A jest tam co zobaczyć. A ponieważ Islandia jest krajem pełnym wodospadów; na całej wyspie jest ich ponad 10 000. Większość z nich jest łatwo dostępna, a ich liczba sprawia, że można je spotkać na każdym kroku, a każdy z nich jest inny. Wyruszamy na wodospad Hengifoss. Hengifoss, czyli wiszący wodospad, to drugi lub trzeci co do wysokości wodospad na Islandii, w zależności od tego, kogo zapytasz. To jeden z najbardziej znanych symboli Fiordów Wschodnich . Wodospad ma 128 metrów wysokości. To, co czyni Hengifoss tak interesującym, to warstwy czerwonej gliny, które tworzą niezwykłe pasma w ciemnobrązowej skale bazaltowej otaczającej wodospad. Te zapierające dech w piersiach, ognistoczerwone warstwy powstały podczas erupcji wulkanicznych, około 5-6 milionów lat temu. Osady i ich utlenianie powodują obecność żelaza, które nadaje wodospadowi czerwony kolor.



Jadąc dalej przy drodze zatrzymujemy się przy dziwnych niskich zabudowaniach, to Torfhusin i Hjardarhaga są to dwa islandzkie domy dla owiec z darni i kamienia. Są to pozostałe obiekty z większego skupiska sześciu, które zostały odrestaurowane do pierwotnej formy . Były użytkowane do około 1980 roku i obecnie stanowią zachowany zabytek historyczny. Są to tradycyjne islandzkie domy z torfu, z kamiennymi fundamentami i ścianami szkieletowymi z dachami pokrytymi torfem. Taka konstrukcja zapewniała doskonałą izolację, utrzymując ciepło w budynkach zimą i chłód latem.


Islandia skrywa tyle cudownych atrakcji, że jadąc po drodze już nie dziwimy się gdy wyłania się przed nami wodospad Rjukandafoss. Okazuję się, że jest jeden z najwyższych wodospadów na Islandii. Można się do niego łatwo dostać z drogi Ring Road. Jest często uważany za ukryty skarb, ponieważ większość turystów błędnie postrzega go jako zwykły wodospad przydrożny. Choć można go oglądać z drogi, najlepszym sposobem na doświadczenie jego majestatycznego piękna jest zobaczenie go z bliska. Podjeżdżamy na parking i idziemy kawałek w stronę szumiącego wodospadu. Nazwa wodospadu Rjukandi pochodzi od islandzkiego słowa „rjuka”, które oznacza „parować lub rozwiewać”. Nazwa jest trafna, ponieważ wodospad unosi się w powietrzu, tworząc mgłę przypominającą dym, co jest efektem gwałtownego spadku zimnej wody. Dla niektórych turystów wodospad wygląda, jakby był odwrócony do góry nogami. Mgła unosząca się nad wodospadem, unosząca się nad nim z powodu wysokiego spadku zimnej wody i wietrznej pogody w okolicy, sprzyja tworzeniu tej oszałamiającej iluzji. W słoneczny dzień można zobaczyć małe tęcze wokół wodospadu.


Kanion Studlagil to bazaltowa formacja skalna położona w dolinie Jokuldalur we wschodniej Islandii. Został odkryty w 2009 roku, po tym jak projekt hydroelektryczny obniżył poziom wody w rzece Jokulsa a Dal, odsłaniając charakterystyczne ściany. Przyznam szczerze jadąc tutaj nad ten kanion miałam ogromne oczekiwania. Na zdjęciach w przewodnikach wyglądał zjawiskowo. Opisywany również przez przymiotniki naj…. postawił wysoką poprzeczkę. W kanionie Studlagil znajduje się największy na Islandii zbiór kolumn bazaltowych, podobnych do tych, które można znaleźć na słynnej czarnej plaży Reynisfjara w pobliżu miasta Vik .To, co wyróżnia Studlagil, to ogromna liczba i imponująca wysokość tych formacji. Kolor wody rzeki zmienia się w zależności od pory roku, często przybierając żywy turkusowy odcień od marca do lipca. Wraz z postępem lata i nasileniem się topnienia lodowców, woda przybiera mulisty, szary odcień. Niestety ten kolor wody i być może nie odpowiednia strona oglądania kanionu przyczyniła się do naszego rozczarowania. Myślę, że brak doinformowania trochę obniżył w naszych oczach status tego kanionu. Jednak chętnie tutaj wrócę i przygotuję się lepiej.




Krajobraz Islandii, który przemierzamy to najczęściej czarne drogi z wulkanicznego popiołu i lawy, które wiją się przez skaliste, często surowe tereny wyspy. Te wijące się drogi są symbolem i elementem charakterystycznych, surowych krajobrazów Islandii, zwłaszcza pól lawowych i wulkanicznych pustyń, które kontrastują z innymi, bardziej zielonymi obszarami. Silne wiatry i surowy klimat uniemożliwiają wzrost drzew na większości obszarów wyspy. W efekcie, drogi wyłaniają się z rozległych, czarnych, pustych przestrzeni, co jeszcze bardziej podkreśla ich surowy charakter.

Wschodnie Fiordy Islandii to region, w którym góry spływają prosto do morza, a małe rybackie osady trwają tu od pokoleń, niezmienione mimo upływu czasu. To część wyspy, która nie znalazła się na trasie większości turystycznych objazdów – dzięki temu wciąż zachowała autentyczność, przestrzeń i kontakt z naturą.
Zjeżdżamy z drogi nr 1 i jedziemy boczną drogą by dojechać do Möðrudalur. Prowadzi tutaj tylko jedna droga – coraz węższa, coraz bardziej samotna. To trasa, która wydaje się nie mieć konkretnego celu poza samym byciem w miejscu, gdzie Islandia pokazuje się w wersji surowej, melancholijnej i prawdziwej. To miejsce być może nie oferuje wielkich atrakcji – oferuje przestrzeń i ciszę a jest nią osada rolnicza we wschodniej Islandii, znana jako najwyżej zamieszkane miejsce w kraju, położone na odludziu, na wysokości 490 m.n.p.m. Jadąc tutaj poruszamy się po drodze szutrowej, przez zupełnie puste tereny. Nie ma tutaj żadnych zabudowań a nawet roślinności. Dopiero jak docieramy do osady to wyłaniają się przed nami pokryte darnią, torfowe budynki i niewielki kościółek luterański. Tutaj, wysoko w dziczy Islandii, dostrzegamy restaurację Fjallakaffi , która serwuje tradycyjne lokalne potrawy. Choć położona tak daleko od wszystkiego, Fjallakaffi słynie w całej Islandii z lokalnych, tradycyjnych potraw. Jagnięcina w menu pochodzi z farmy w Möðrudalur, golec arktyczny został złowiony przez rolników, a gęsi w menu zostały przez nich upolowane. Rolnicy w Möðrudalur również sami wędzą mięso i ryby. Jak widać, bardziej lokalnie być nie może. Mnie zafascynował widok młodego renifera przed budynkami, który chyba nie czuł się zagrożony przez człowieka, bo w ogóle nie czuł się przestraszony. W sumie był u siebie, miał w sąsiedztwie dwa również przyjazne psy. Przyznajcie, że widok bajkowy.



W Islandii większość zwierząt jest udomowiona, chociaż przebywając tutaj mam wrażenie, że żyją na wolności. Otóż owce latem żyją na wolności i pasą się na rozległych terenach, jednak nie są to zwierzęta dzikie, lecz hodowlane. Jesienią odbywa się tradycyjny spęd, podczas którego są zaganiane do zagród, a następnie przygotowywane do zimy. Strzyżone, sortowane. W Islandii jest około 800 tysięcy owiec – ponad dwa razy więcej niż ludzi. Owczej wełny używa się do tworzenia unikatowego rękodzieła, takiego jak islandzkich swetrów, a baranina występuje w praktycznie wszystkich islandzkich tradycyjnych daniach, w których nie ma ryb. Prawdopodobnie najpopularniejszym klasycznie islandzkim daniem jest zupa z jagnięciny, znana na całym świecie. Wyśmienity smak islandzkiej jagnięciny wynika z tego, że owce żyją na wolności przez całe lato i pasą się na islandzkim tymianku, nieświadomie aromatyzując swoje mięso.


Konie islandzkie są wyjątkową rasą, która rozwinęła się z koni przywiezionych na wyspę w IX i X wieku przez nordyckich osadników. W Islandii występuje tylko ta rasa koni i surowe prawo zabrania przywożenia na wyspę koni innych gatunków, a konie, które wyjechały z Islandii, nie mogą już wrócić na wyspę. Te piękne konie znane są ze swojego hardego charakteru. Są bardzo wytrzymałe, co szczególnie widać podczas zimy, kiedy zwierzęta stoją na zasypanych śniegiem polach podczas zamieci śnieżnych. Często są nazywane kucami, ponieważ są niskie i osiągają maksymalnie 145 cm. Jednak w Islandii hodowcy zawsze używają określenia koń. Islandzkie konie, mają kilka charakterystycznych cech: są bardzo łagodne, nie brykają i się nie płoszą. W środowisku naturalnym nie mają wrogów, bo największy drapieżnik na Islandii to lis polarny. A ten raczej koniowi krzywdy nie zrobi. Stąd między innymi łagodne usposobienie kucy islandzkich. Bardzo lubią się przytulać i być głaskane.


Przed zachodem słońca docieramy do wodospadu Dettifoss i muszę to powiedzieć, raczej napisać, że jeśli coś miałoby być synonimem siły i potęgi na Islandii to będzie to waśnie Dettifoss, powszechnie uznany za drugi najpotężniejszy wodospad w Europie. Ma około 100 metrów szerokości i 44 metry wysokości, a spływa nim niemal 200 m³ wody na sekundę (dla porównania przez największy wodospad w Polsce przepływa niewiele ponad 0,5 m³ wody na sekundę).to najpotężniejszy i jeden z najbardziej spektakularnych wodospadów jakie kiedykolwiek widziałam. Olbrzymie masy wody spadające z niewyobrażalną wręcz siłą do kanionu Jökulsargljúfur tworzą piękne widowisko przy okazji wytwarzając ogromną moc. Wodospad można oglądać z oby stron kanionu, choć wielu uważa że to właśnie po wschodniej stronie jest lepszy widok. Niestety nie ma pomiędzy nimi przejścia. Dojście spacerem z parkingów po obu stronach do punktów widokowych zajmie nam ok 15 – 20 min. Podczas spaceru do wodospadu trzeba uważać na śliskie i mokre ścieżki od wodnej mgły. Warto również zabrać ze sobą nieprzemakalną odzież ze względu na pył wodny.


Jeżeli starczy Wam czasu warto również wybrać się na nieco dalszy spacer do nieco mniejszego kolegi Dettifoss, wodospadu Selfoss, który najlepiej prezentuje się z zachodniego brzegu. Selfoss jest piękny, rozległy, malowniczy, położony w cudownym, skalistym kanionie. Tworzy bajkową scenerię, rozciągniętego na kilkaset metrów, spokojnie spadającego wodospadu. Rozdzielony na kilkadziesiąt nitek, tworzących jakby kilkadziesiąt osobnych mniejszych wodospadów, sprawia wrażenie małej, wodospadowej krainy. Skalisty kanion, którym odpływają wody wodospadu ma strukturę grubo ciosanych, regularnych bloków skalnych, tworzących pionowe urwisko … sceneria jest niesamowita.

Po dotarciu na kemping dostrzegam nad naszym kamperem niesamowitą zorzę polarną. Zorza przyszła do nas po cichu.
Po prostu pojawiła się — jakby Islandia postanowiła wyszeptać mi na dobranoc własną tajemnicę. Wyszłam przed kampera na chwilę, niby po wodę, niby zobaczyć, czy wiatr ucichł. A tam… nad kempingiem tańczyło niebo. Zielone pasma falowały jak wstążki prowadzone niewidzialną dłonią. Chwilami pojawiał się delikatny róż, potem odrobina fioletu, jakby ktoś malował akwarelami po nocnym płótnie. Stałam boso na zimnej trawie i patrzyłam, aż zapomniałam oddychać. Wokół panowała ta cisza, którą zna się tylko w podróży — gdy jesteś sam na sam ze światem, ale ani przez moment nie czujesz się samotna. Z daleka ktoś z kempingu westchnął, ktoś inny zachichotał z zachwytu, ale wszystko brzmiało jak szept — bo wobec takiego spektaklu człowiek automatycznie zaczyna mówić ciszej, jakby bał się spłoszyć tę nieziemską choreografię. I wtedy poczułam… że Islandia daje mi coś więcej niż widoki.
Daje mi moment, który zostanie na zawsze. Zorza poruszała się nad moją głową jak powolna melodia — raz subtelna, raz zaskakująco żywa. Zmienna jak emocje w podróży. I było w niej coś, co sprawiało, że nie tylko oglądałam świat, ale naprawdę go czułam: pod skórą, w brzuchu, w tym miejscu, gdzie chowają się marzenia. Wróciłam do kampera dopiero wtedy, gdy zrobiło mi się zimno w palce, a i tak miałam wrażenie, że niebo wisi mi na ramionach jak szalik pełen świateł. Położyłam się w śpiworze, ale jeszcze długo patrzyłam przez szybę, bo zorza wciąż tańczyła, jakby mówiła: „Lusia, jedź, odkrywaj, wracaj. Świat nie kończy się za horyzontem. On dopiero tam się zaczyna.” I zasnęłam z uśmiechem, mając w środku to nieuchwytne coś — magiczne, czyste, lodowato-piękne uczucie, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.


To było jak sen, który postanowił się powtarzać — każdej nocy, gdy zatrzymywaliśmy nasz kampervan gdzieś pośród islandzkich pustkowi, niebo znów zaczynało swój taniec. Najpierw pojawiała się nieśmiało, jakby sprawdzała, czy już patrzę — delikatna smuga zieleni nad górami. A potem… eksplozja światła! Całe niebo rozlewało się falami, wirami, błyskami, jakby ktoś zrzucał z niego zasłony z jedwabiu. Leżałam owinięta w kołdrę, z nosem przyklejonym do szyby kampera, i nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Czasem wychodziliśmy na zewnątrz, stając w ciszy, z otwartymi ustami, i tylko powietrze drżało od zimna. Ale nad nami — magia. Żywa, pulsująca, nierealna. Zorza stała się naszym nocnym towarzyszem podróży. Przychodziła bez zapowiedzi, jak stara przyjaciółka, która zna drogę do serca. Każdej nocy przypominała mi, że na tej wyspie nie trzeba gonić za cudami — one same znajdują cię, jeśli tylko patrzysz w niebo wystarczająco długo.
Dzień szósty
Kiedy wyruszyliśmy o poranku, powietrze pachniało solą i siarką, a niebo miało ten niesamowity odcień stalowego błękitu, jaki widuje się tylko na Islandii. Droga wiła się między czarnymi polami lawy, które wyglądały jak z innej planety. Czasem miałam wrażenie, że jedziemy przez krajobraz po erupcji kosmicznego wulkanu — surowy, pusty, a jednak piękny w swojej dzikości.
W końcu dotarliśmy do Hverir – miejsca, gdzie ziemia dosłownie oddycha. Już z daleka widzieliśmy unoszące się kłęby pary, a im bliżej podjeżdżaliśmy, tym silniejszy stawał się zapach siarki — trochę jak zgniłe jajka, trochę jak ostrzeżenie, że tu rządzą inne żywioły. Ziemia bulgotała, syczała i parowała. Gorące błotne oczka plaskały niczym gotująca się zupa, a z pęknięć wydobywały się strumienie pary, jakby ktoś pod spodem tlił niewidzialny ogień. Staliśmy z szeroko otwartymi oczami, śmiejąc się z niedowierzaniem — bo jak to możliwe, że Ziemia potrafi być aż tak żywa? Nie mogłam się powstrzymać od myśli, że Hverir to miejsce, gdzie można dosłownie usłyszeć bicie serca planety. Tu każdy dźwięk — syk, bulgot, pomruk — był przypomnieniem, że pod naszymi stopami pulsuje coś potężnego i pięknego zarazem.





Kiedy ruszyliśmy dalej, ziemia za nami wciąż dymiła w lusterkach kampera. Z Hverir ruszyliśmy dalej, a krajobraz zmieniał się z każdym kilometrem. Para z geotermalnych pól powoli znikała w lusterkach, a przed nami wyrastał olbrzym — wulkan Hverfjall. Ciemnoszary, majestatyczny, przypominał ogromny księżycowy krater, który ktoś po prostu zostawił pośrodku ziemi. Kiedy podjechaliśmy bliżej, zatrzymaliśmy się na parkingu, by z tego miejsca wejść na sam szczyt. Szlak był krótki ale dosyć stromy, a każdy krok w czarnym pyle brzmiał jak szept – jakby ziemia mówiła „uważaj”. Ale im wyżej, tym bardziej czułam, że muszę tam dojść. Na krawędzi krateru zatrzymaliśmy się w ciszy. Widok zapierał dech. Pod nami rozciągała się idealna, okrągła miska z popiołu, jak ślad po potędze sprzed tysięcy lat. Wokół – surowe pola lawy, jezioro Mývatn, a w oddali znów para z gorących źródeł. Czułam się jak na innej planecie. Wiatr świstał, włosy tańczyły w każdą stronę, a ja miałam wrażenie, że stoję na granicy świata. To jedno z tych miejsc, gdzie człowiek przestaje mówić — nie dlatego, że nie ma co, tylko dlatego, że każde słowo byłoby za małe.



Kiedy zeszliśmy z powrotem, wulkan został za nami – cichy, spokojny, jakby zadowolony, że pozwolił nam zajrzeć w swoje wnętrze. Wsiadłam do kampera, jeszcze cała w euforii, i pomyślałam, że Islandia naprawdę uczy pokory. Bo tutaj ziemia oddycha, płonie i śpiewa — a my możemy tylko patrzeć z zachwytem.
Po opuszczeniu wulkanu Hverfjall ruszyliśmy dalej — w stronę północy, ku oceanowi. Droga przed nami ciągnęła się bez końca, jakby ktoś narysował ją jednym ruchem ołówka przez pustkę i ciszę. Po obu stronach rozlewały się pola lawy, gdzieniegdzie przeplatały się zielone pola porośnięte mchem, a nad nimi wisiało błękitno mleczne niebo. Jechało się prawie jak w transie. Silnik cicho mruczał, a świat za szybą zmieniał się powoli — z czerni w popiel, z popielu w błękit. Co jakiś czas mijaliśmy stado owiec, które wyglądały jak białe kropki na tle bezkresu. Nie spieszyliśmy się. Czas na Islandii płynie inaczej — jakby w rytmie oddechu ziemi. Czasem zatrzymywaliśmy się po prostu po to, by patrzeć. Cisza miała tu swoją wagę, a wiatr zdawał się mówić więcej niż słowa. Gdzieś po drodze zaczęły pojawiać się zapachy morza, coraz silniejsze, aż w końcu poczuliśmy ten znajomy powiew słonej bryzy. To był znak, że jesteśmy blisko.

I nagle — Husavík. Małe miasteczko przytulone do zatoki, z kolorowymi domkami i portem, w którym kołysały się łodzie. Powietrze pachniało rybami i przygodą. Wiedziałam, że to miejsce ma w sobie coś wyjątkowego — bo z Husavíku wyrusza się nie tylko na ocean, ale też w głąb marzeń. Port w Husavíku wyglądał sennie jakby co dopiero budził się powoli mimo, że było już południe. Jakiś rybak leniwie snuł się między łodziami, mewy krzyczały nad głowami, a powietrze pachniało solą i świeżym drewnem. Wciągnęłam czapkę głębiej na uszy — było chłodno od morza. Ale w środku czułam tylko gorące podekscytowanie.



Dziś mieliśmy wyruszyć na ocean, żeby spotkać gigantów morza. Nasza łódź była niewielka, pomalowana na czerwono, z załogą, która wyglądała, jakby całe życie spędziła między falami. Kapitan uśmiechnął się do nas szeroko, a przewodniczka dodała;
— „Macie szczęście, warunki idealne. Wieloryby na pewno dziś tu są.” Założyliśmy grube kombinezony, wyglądając trochę jak kolorowe bałwanki, i ruszyliśmy. Wiatr od razu dał o sobie znać — zimny, surowy, islandzki. Fale kołysały łódź, a my śmialiśmy się, trzymając kurczowo barierki. Ocean wydawał się nie mieć końca. Płyneliśmy już ponad godzinę I nagle… ktoś krzyknął:
— „Tam! Na dziewiątej!” Wszyscy zwróciliśmy głowy w tę stronę. Przez chwilę cisza — a potem z głębin wynurzył się oddech. Potężny słup pary uniósł się w powietrze, a zaraz za nim pojawił się grzbiet — gładki, czarny, błyszczący jak mokry kamień. Wieloryb. Ogromny, spokojny, majestatyczny. Patrzyłam jak zahipnotyzowana. Czas się zatrzymał. Każdy jego ruch był jak poezja w zwolnionym tempie — delikatny, a jednocześnie pełen siły. A gdy na końcu uniósł ogon i zniknął w morskiej toni, zrozumiałam, że właśnie zobaczyłam coś, czego nie da się zapomnieć.

Na powrocie do portu nikt się nie odzywał. Wszyscy siedzieliśmy w milczeniu, z uśmiechem, który mówił więcej niż słowa. Gdzieś na horyzoncie znów zaczynało się rozjaśniać niebo, a ja pomyślałam, że Islandia naprawdę potrafi pokazać swoje serce — czasem pod ziemią, czasem w chmurach, a czasem w oceanie, w oddechu wieloryba.
Po emocjach na oceanie marzyliśmy tylko o jednym — o cieple. W Husavíku nie trzeba długo szukać. Wystarczy kilka minut jazdy, by znaleźć się w miejscu, gdzie ziemia znów ofiarowuje człowiekowi swój dar: gorącą wodę. Kiedy weszliśmy do geospa, powitał nas zapach minerałów i widok, który trudno zapomnieć. Przed nami — otwarty basen z naturalnie gorącą wodą, a dalej rozciągało się morze. Linia horyzontu stapiała się z parą unoszącą się nad wodą, jakby niebo i ocean chciały się nawzajem dotknąć. Zanurzyłam się powoli. Ciepło otuliło mnie jak koc. Zimny wiatr smagał twarz, ale ciało było zanurzone w przyjemnym, uspokajającym cieple. Z oddali słychać było krzyk mew i szum fal. Gdzieś tam, pod powierzchnią oceanu, pewnie wciąż pływały nasze humbaki. Siedzieliśmy tak w ciszy, wpatrzeni w horyzont. Świat na chwilę zwolnił. Czasem ktoś tylko szeptał: „zobacz, jakie kolory nieba”, bo słońce zaczynało zachodzić, barwiąc wszystko na złoto i róż.



A potem, gdy zapadł zmrok, jakby na dopełnienie tej idealnej sceny, nad naszymi głowami znów zatańczyła zorza. Zielono- fioletowe światło migotało na niebie tworząc, tworząc iluzję, że tej nocy śpimy pośród gwiazd.



Wtedy pomyślałam, że jeśli raj istnieje, to może właśnie tak wygląda — świat nas kocha, ale muszę przyznać, że z wzajemnością.
Dzień siódmy
Wracamy do domu ale muszę przyznać, że tydzień na Islandii minął jak sen, który chciałabym śnić jeszcze długo po przebudzeniu. Każdy dzień przynosił nowe zachwyty — inne światło, inny wiatr, inny odcień ciszy. Podróż kampervanem przez tę wyspę była jak niekończąca się rozmowa z naturą — surową, potężną, a jednocześnie czułą wobec tych, którzy potrafią patrzeć uważnie. Tydzień na Islandii był jak podróż przez wszystkie żywioły naraz. Każdy dzień przynosił nowy zachwyt — inny kolor nieba, inny odcień ciszy, inny sposób, w jaki ziemia mówiła do nas swoim językiem. Jechaliśmy kampervanem przez bezkresne przestrzenie, gdzie wiatr tańczył z chmurami, a drogi prowadziły w nieznane. Zatrzymywaliśmy się przy wodospadach, które spadały z hukiem, jakby ktoś wylewał z nieba całe jeziora. Mgła z ich piany osiadała na twarzy jak chłodny pocałunek natury. Było też jezioro polodowcowe, błękitne i nierealne, z pływającymi bryłami lodu, które wyglądały jak fragmenty nieba, które ktoś przypadkiem zrzucił na ziemię. Staliśmy w ciszy, patrząc, jak słońce odbija się w ich krawędziach, i nikt nic nie chciał mówić — słowa były zbyt małe. Na południu dotarliśmy do czarnych plaż, gdzie fale z hukiem rozbijały się o brzeg, a piasek był miękki jak aksamit z popiołu. Czarne, potężne klify wyrastały z oceanu, a mewy krążyły nad nimi jak białe iskry. To tam czułam, że stoję na granicy światów — między życiem i snem, ziemią i morzem, niebem i sercem. Były dni spędzone wśród bulgoczących pól geotermalnych, przy wulkanach i gorących źródłach, gdzie ziemia dosłownie oddychała pod stopami. Był ocean — chłodny, tajemniczy, a w nim wieloryby, które wynurzały się z głębin jak oddech samego świata. Czas na Islandii płynął inaczej. Wolniej. Głębiej. W ciszy pustych dróg i szumie wiatru znalazłam spokój, jakiego dawno nie czułam. Zrozumiałam, że nie trzeba mieć planu, by odnaleźć sens — czasem wystarczy kierunek, dobre towarzystwo i otwarte serce Wieczorami wracaliśmy do naszego małego domu na kółkach, do ciepła kołderki, kubka herbaty i milczenia, które nie potrzebowało słów. Nad nami zawsze była zorza — nasz niebiański towarzysz.
Ten tydzień był dla mnie jak ładowanie wszystkich możliwych baterii — tych w kamperze i tych w duszy. Islandia wypełniła mnie spokojem, zachwytem i wdzięcznością. To miejsce, które nie tylko się ogląda, ale czuje całym sobą. To lekcja, że najpiękniejsze rzeczy dzieją się wtedy, gdy pozwalamy światu nas zaskoczyć.
Zorza stała się dla mnie symbolem tej podróży — ulotnym światłem, które przypomina, że najpiękniejsze chwile przychodzą wtedy, gdy po prostu jesteśmy obecni. Nie da się jej zaplanować ani zatrzymać, tak jak nie da się zatrzymać marzeń. Można tylko patrzeć w zachwycie, z wdzięcznością, że się wydarzyły — choćby na krótką, magiczną chwilę nad naszym kampervanem na końcu świata.

